Złotowłosa – Wojciech Chmielarz – 2025
Kobieta wychodzi z własnych zaręczyn, by ochłonąć. W sumie nie bardzo wie, czego chce i czy ma się cieszyć, czy wręcz przeciwnie. Ma 28 lat, miała być lekarzem, ale nie wyszło, chce pomagać dzieciom, od lat pracuje jako wolontariuszka hospicjum. Niby dobry czas, by założyć rodzinę, ale nie wie, czy to dobry wybór, czy naprawdę tego chce.

I czytelnik razem z nią traci orientację, co się dalej dzieje.
Czy te fragmentaryczne wizje dopiero co tragicznie zmarłej to jest właśnie to, co spotyka nas po śmierci? Wie, że została rozszarpana przez… niedźwiedzia w centrum Warszawy. Choć wydaje się to tak nieprawdopodobne, że coś w tym nie pasuje.
Jakie są inne możliwości? Jeśli jednak żyje, to gdzie jest? Podłoga, piwnica, materac… Wstaje, rozgląda się. W ścianie małe okienko, zakratowane od wewnątrz. A za nim… niedźwiedź.
Tak ta cała historia się zaczyna.
Ktoś ją więzi. Krzyki jakiejś kobiety gdzieś tam nad piwnicą prowokują do odkrycia planu porywacza-sadysty. Jak skończy z tamtą, przyjdzie czas na nią.
Ktoś przychodzi w nocy. Zostawia szklankę wody i kilka herbatników. I tak jest co noc.
To jednak nie niedźwiedź. To ogromny, nierozgarnięty mężczyzna przebrany za misia. Raczej nie reżyser tej całej sytuacji, a główne narzędzie przemocy w czyichś rękach.
Tylko w czyich?
Nadmiar wolnego czasu skłania do przemyśleń. Poznajemy historię dziewczyny oraz jej dzieciństwa. Toksyczny ojciec, słaba matka. Wyprawa w góry o mało niezakończona tragedią.
Jak to wpłynęło na dalsze życie pojmanej? I co ona tu robi? Czy jest tylko przypadkową ofiarą, czy obecność właśnie jej w tym miejscu jest dokładnie przez kogoś zaplanowana?
Odpowiedzi na to pytanie poznajemy dość szybko, ale we wspomnieniach kobiety, w jakich bierzemy udział nie znajdziemy prawdziwego motywu jej uwięzienia.
I jak już zaczynamy sądzić, że to tylko makabryczny plan osoby chorej psychicznie, okazuje się, że wolontariuszka warszawskiego hospicjum nie zawsze była aż taka święta…
