Wojna Polsko-Polska
Żremy się od lat. Wojna Polsko-Polska to nie konflikt PO z PiS-em a Polaka z Polakiem.
Podzieliliśmy się na dwa obozy. W jednym są samozwańczy Patrioci, w drugim bezkrytyczni obrońcy cywilizacji Zachodu.

I żaden z tych obozów nie zrobi ani kroku wstecz.
Wyznawcy tych opcji potrafią wybaczyć każde świństwo swoim liderom i uwierzyć w każdą ich manipulacje.
Kaczyński, oskarżając Tuska o bycie agentem Niemiec i Rosji jednocześnie, jest przecież równie wiarygodny jak sam Tusk, gdy obiecuje, że przy udziale trzech niewygodnych koalicjantów w trzy miesiące zorganizuje w Polsce raj i paliwo po 5,30.
To już wojna cywilizacyjna – ogólnoświatowa. Odbywa się nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie, Stanach Zjednoczonych… a pewnie i na wszystkich kontynentach, w miejscach, gdzie demokracja jeszcze to umożliwia.
Krążąc po forach każdej ze stron ciężko pozbyć się wrażenia, że wszelkie kłótnie z adwersarzami to „rozmowa” dwóch obcokrajowców, z których nikomu nie przeszkadza nieznajomość języka przez stronę drugą.
My się nie kłócimy, tylko ostro, nieraz arogancko, przedstawiamy własne argumenty tak, by drugi taki sam jak my masochista, który tam „zabłądzi”, mógł dać laika, poprzeć, stwierdzić: „ale ich zaorałeś!”. Zdanie oponenta nas kompletnie nie obchodzi, bo przecież to gość pozbawiony rozumu. I tak nic nie czai.
To samo w tym czasie dzieje się po właściwej – czyli Twojej – stronie mocy. Tam też jakiś „głupek i idiota” właśnie teraz „zaorał” nieprawidłowo myślącego nie-Polaka, twojego politycznego przyjaciela.
I tak się to kręci.
W tej odwiecznej kłótni swoją szansę dostrzegają różnego rodzaju „wywracacze stolików” i inne hybrydy próbujące wyprodukować się na naszych oczach jako nieumoczone w wojnę Polsko-Polską świeże siły.
Ich inność nie polega na tym, że mają skrajnie inne poglądy niż dominujące obozy dzielące Polaków, lecz na tym, że jeszcze nikt ich nie zdążył na tyle znienawidzieć, żeby ich zarzynać maczetą w fantazjach sennych.
By podkreślić tę inność liderzy nieświeżych już „świeżaków” nawet będąc w koalicjach dbają o to, żeby torpedować jedność, licząc na uwypuklenie tą metodą swej odrębności politycznej.
Inni radykalizują się niczym talibowie, by z kolei nie wpaść w worek jednolitej opozycji.
Ktoś, kto szuka dla siebie alternatywy, właśnie przecięta oczy ze zdumienia, bo świeżak nagle wymyśla coś, co go wyróżnia i… chyba znowu trzeba zostać przy starym układzie, bo – mimo wszystko – tam aż tak pierdolniętych ludzi nie było.
I tak wyborca coraz częściej, nawet gdy ma swoje określone zapatrywania polityczne, czuje, że pozostaje mu ostatecznie jedynie wybór między dżumą a cholerą.
I może sobie pójść na pochód… a nawet na dwa!

A to demokracja właśnie 😁.
