Wojna cywilizowanych obywateli
To była wojna.
Dla nas, ludzi na dole, nie miało to jakiegoś większego znaczenia, czy to My zaatakowaliśmy Ich, czy Oni Nas. Każdy miał to tłumaczone tak, by czuł się ofiarą zaatakowaną niesprawiedliwie.

Może to dlatego nie potrafiłem sobie już przypomnieć o co w ogóle poszło. Trwała wojna. Wojna straszna i okrutna.
Dla ludzi, którzy wojny nie znali wcześniej i wychowywali się w tak zwanym cywilizowanym świecie, gdzie wszystko jest w miarę poukładane, największym szokiem jest jej nagły początek.
Wiesz przecież, że są zasady. Nie można kraść, nie można nawet dać komuś w mordę, bo to wiąże się z bardzo poważnymi konsekwencjami prawnymi i nagle obok ciebie pada człowiek, zastrzelony przez tego typa, który staną przed wami, przed momentem.
– Ścierwo! – cedzi zabójca z nieukrywanym wstrętem, kiwając ci głową na znak, że już nie musisz się obawiać.
Spoglądasz w dół. Gość leży z półprzymkniętymi oczami, przez które do jego rozwalonego pociskiem mózgu nie docierają już żadne impulsy poznawcze. Wygląda trochę jak manekin. Nie widziałeś go nigdy przedtem i łapiesz się na tym, że nie wyobrażasz sobie nawet jego jako żywego człowieka.
Zabójca odchodzi. Znalazł się tu przypadkiem. Zabił i idzie w swoją stronę. Nie czeka go za to żadna nagroda ani kara.
Ocierasz policzek z krwi, którą poczułeś zaraz po tym, jak się wyjaśniło, że ten pistolet nie był jednak wycelowany w ciebie. Ale to nie tylko krew. To coś nieco grubszego o innej konsystencji.
W tym momencie natura przychodzi z pomocą i twoja percepcja załamuje się. To coś na pograniczu wylewu i przebłysku fragmentarycznej świadomości totalnie zamroczonego alkoholem degenerata.
Idziesz ulicą. W ustach zostaje posmak wymiocin, choć nie pamiętasz takiego epizodu. Coś się przed chwilą wydarzyło, ale twój mózg odmawia analizy tego incydentu. Pozostaje tylko świadomość, że to miało miejsce i będzie dla ciebie lepiej, by nie szukać już słów, by to jakoś nazwać.
Też idziesz w swoją stronę. Nikogo nie obchodzi to, że na chodniku pojawiły się jakieś zwłoki.
W czasie pokoju są odpowiednie służby, które nawet martwe zwierzę, potrącone na jezdni przez przejeżdżający samochód, zabierają gdzieś. Utylizują. Wystarczy zadzwonić.
Otrząsasz się z tych absurdalnych myśli. Przez chwilę oczyma wyobraźni widzisz siebie z telefonem komórkowym przy uchu, jak dzwonisz, by zawiadomić odpowiednie służby o zwłokach leżących na chodniku. Ale nie ma przecież takiego numeru, pod którym ktoś przyjąłby to zgłoszenie. Gdyby to była rozjechana sarna na drodze krajowej, miałbyś więcej możliwości.
Równie szokujące jest, jak szybko przyzwyczajamy się do tej nowej rzeczywistości. Już po miesiącu masz nie tylko pistolet, ale i stary karabinek z koszar, które naprędce i w popłochu opuścili żołnierze udający się na front. Czemu nie wszystko wzięli? Może ktoś nie dotarł na czas? Może nawet nie miał takiego zamiaru?
To dziwna wojna, bo przecież jesteśmy wymieszani. Mieszkamy razem, obok siebie. Kilka dekad Europy bez granic i przestaliśmy być odseparowani w granicach swoich państw. Gdy dwie armie stają naprzeciwko siebie każdy wie, kto jest kim.
Ale skąd my, cywile, mamy to wiedzieć? Czy ten gość, który idzie chodnikiem z naprzeciwka to mój wróg, czy przyjaciel?
Obaj spoglądamy na siebie najpierw niepewnie, potem z coraz większą determinacją. Każdy z nas ma dłoń na pistolecie wetkniętym za pasek spodni.
Przychodzi ci do głowy, że udasz, że go rozpoznajesz. Uśmiechniesz się, ale nie jak cienias i tchórz, który się przestraszył, tylko jak łobuz ze szkoły, który wysyła sygnał, że ten z naprzeciwka nie stanowi dla niego zagrożenia, więc i on nie będzie agresywny.
Ale wśród setek myśli, które przebiegają po głowie jest też taka, żeby zaraz po tym… strzelić. Tak na wszelki wypadek. I tak nie ma to przecież żadnego większego znaczenia w jakiejś większej skali.
Za chwilę staje się najgorsze… To ten z naprzeciwka uśmiecha się, jak łobuz spotykający tego cieniasa z klatki obok. Robi nawet więcej – zdejmuje dłoń z rękojeści pistoletu. Przechodzi obok i idzie dalej.
Ale czy w jego głowie nie pojawił się podobny pomysł do tego twojego?
Gość ma nerwy ze stali. Nawet się nie odwraca, choć kątem oka musiał zarejestrować, że ty nawet przez chwilę nie chcesz być do niego odwróconym plecami.
Odchodzi, ale widzisz to, a raczej może czujesz, że łopatki podnoszą mu się pod bluzką, jakby cały się spinał w oczekiwaniu na „niespodziewany” strzał w plecy.
Ma tylko dwie alternatywy: Albo temu zapobiec, albo grać dalej łobuza w nadziei, że jego paniczna ocena sytuacji jest jednak właściwa tym razem.
Po dwudziestu metrach masz już większą odwagę, by pokazać i własne plecy. Nikt nie będzie przecież teraz biegł za tobą. Też byś tego przecież nie zrobił.
To był od samego początku błąd. Niepotrzebna była ta dłoń na kolbie. Chyba to była przyczyna całej nerwówki. Gdyby nie to, przeszlibyście obok siebie obojętnie, bez możliwości jednoznacznej oceny swój-obcy, więc i bez tej niepotrzebnej spiny.
Wyjście do sklepu było niczym przechadzka po polu minowym. Pojawiały się jakieś irracjonalne marzenia. Priorytetem już nie było wrócić bezpiecznie do domu, tylko… żeby nie bolało. Jeśli tak jest ci pisane, to niech to stanie się bezboleśnie. Niech wszystko po prostu zniknie albo niech to ciało padnie, a ty staniesz obok, jak na jakimś filmie.
Czy świadomość, że „żyjesz” dalej, już bez ciała – to będzie jak wyzwolenie? Czy to będzie ulga, że nikt już nie będzie cię w stanie ponownie zabić?
Przed chwilą ktoś tak po prostu zadzwonił z wiadomością, że twój brat został wczoraj zastrzelony we własnym mieszkaniu.
– Wiadomo, kto to zrobił? – spytałeś.
– Pewnie te szmaty z naprzeciwka – odezwał się funkcjonariusz. – To jebane ćwoki, choć udają, że są z nami. Trzeba by ich powystrzelać w wolnej chwili, tyle że wiadomo, czym to się może skończyć. Są dzielnice, gdzie to nasi mieszkają wśród tych skurwysynów, więc… sam pan rozumie.
– Dziękuję za informację – powiedziałeś, zdumiony tonacją swego głosu.
To była bardzo dziwna wiadomość. Gdy się ciągle czegoś boisz i nagle to następuje, zdumiewa ulga, z jaką to przyjmujesz. Najgorsze nastąpiło. Kropka. I nie trzeba już się tego ponownie obawiać. Czy to nie na swój sposób wspaniałe?
Parterowe mieszkanie brata było… typowym miejscem przechowywania się kogoś, kto wie, że przyszłość nie istnieje. Sterta nieumytych naczyń, niesprzątnięte okruchy po posiłkach, kartony po tanim winie walające się po podłodze.
Brat twój chlałby wódę, bo stan jego wątroby nie zachęcał do zbytniej troski o jej przyszłe zdrowie, ale buntowała się strasznie po mocniejszym trunku, więc kilkunastoprocentowe wino to był i tak hardcore w jego przypadku.
Na ścianie naprzeciwko okna była czerwona mozaika, jakby jakiś artysta rozbryzgał ciemnoczerwoną akwarelę, próbując wykonać abstrakcyjny obraz, jakim połowę krytyków będzie się kiedyś zachwycać, a druga połowa go po prostu nie zrozumie.
Nie pachniało wymiocinami, więc osoba, która lekko zbezcześciła to abstrakcyjne dzieło szmatą od podłogi, musiała być już zaprawiona w sprzątaniu resztek po tym, co z krwią się na ścianie znajdowało.
Szyba w oknie przedstawiała równie atrakcyjne artystycznie dzieło w formie pajączka, niemal symetrycznie tkającego swoją drobną sieć od centralnego punktu, którym była dziura wielkości nieco ponad siedem koma sześćdziesiąt dwa milimetra.
Próbujesz stanąć na linii tych dwóch arcydzieł by połączyć je trajektorią, jaka by do nich pasowała. Przeciągasz ją w wyobraźni w formie prostej linii, jaka poleciałaby z wizytą do sąsiadującego budynku, odległego o niespełna osiemdziesiąt metrów.
Linia uderza o szybę jedynego mieszkania, które mogło mieć z tym arcydziełem coś niecoś wspólnego.
„Te kurwy nigdy nie mają firanek” – myślisz, spoglądając na krępego, czarnowłosego skurwysyna, który zasiada w fotelu w parterowym mieszkaniu na wprost budynku, w którym stoisz ty.
Odległość jest na tyle duża, że nie widzisz jego twarzy, ale na tyle mała, żeby zrozumieć, że ten rodzaj drygów, jakim owa głowa ulega, to wyraz rozbawienia. Może coś śmiesznego leci w telewizji.
Czym się gość ma martwić. Zajebał jakiegoś gnoja z naprzeciwka, więc teraz ogląda kabaret.
Nie analizujesz ani tego, ani własnego postępowania.
Otwierasz okno, z pleców ściągasz karabinek kbkAKMS, przeładowujesz, przysuwasz do okna fotel brata. Może to na nim brat twój występował w dwóch rolach – najpierw jako żywy, potem jako martwy. Świadczyć o tym może ciemna, wąska strużka na jego oparciu.
Teraz jednak oparcie posłuży do czegoś innego. Opierasz na nim lufę karabinka. Przyciskasz suwak szczerbinki, przesuwasz ją na pozycję „1” i już po chwili zgrywasz ją z muszką.
Serce ci bije tak, że strzał nie będzie udany. Musisz się uspokoić, choć dużo łatwiej to zaplanować, niż rzeczywiście wykonać.
Celujesz lekko w „podstawę celu”, czyli w twoim przypadku w podbródek. Jak lata temu w wojsku do tarczy. Nie ma pełnej odległości, więc jak dobrze pójdzie…
…a jak mu tylko włosy „przeczesze”?
Poprawiasz, tym razem celując w szyję, albo nawet trochę niżej. Na tej odległości kula powinna rozjebać mu czoło, jak dobrze pójdzie.
Postanawiasz zrobić swoje i już się nad tym nie zastanawiać. Powoli ściągasz język spustowy, mocno dociskając magazynek do fotela.
Kolba niemal niedostrzegalnie łupie cię w ramie. Odrzut jest niewielki, bo tak mocno dociskałeś magazynek, że broń była jak w imadle.
To wszystko ma znaczenie drugorzędne. Dla ciebie liczy się efekt.
Pajączek na szybie w oddali trochę zasłania to, co się wydarzyło na dalszym planie. Ale jedno jest pewne. Gość nie ucieka. Jego głowa została dokładnie tam, gdzie była w momencie strzału.
Tło, jakby lekko się poszerzyło lub jakby coś na kształt mozaiki, którą masz za swoimi plecami, pojawiło się również i tam.
Chwila niepewności szybko się rozmywa.
„Zabiłem człowieka” – przechodzi ci przez myśl.
Czujesz się… nijak. Ni to zemsta, ni sprawiedliwość wymierzona dzień po winie. Próżno szukać jakichś głębszych odczuć. Satysfakcji brak. Brak również wyrzutów sumienia. Nicość emocjonalna. Brak odczuć jakichkolwiek.
Zamykasz okno. Zdrowy rozsądek podpowiada ci, by się stąd wynosić, zanim drugi, taki jak ty, nie stanie przed tamtym oknem, by poukładać sobie wszystko w jego własną całość, na której końcu stoisz przecież ty.
Zarzucasz karabinek na ramię i masz właśnie wychodzić, gdy w drzwiach staje wasza siostra. Właściwie to już tylko twoja, bo ten drugi z was stracił wczoraj możliwość posiadania siostry i czegokolwiek innego.
– Słyszałam strzały – powiedziała niepewnie. – Już bałam się, że to do ciebie ktoś strzelał.
– Skąd wiedziałaś, że tu jestem?
Kaja wzruszyła ramionami.
– Mieszkam przecież obok – wyjaśniła nieco automatycznie. – Widziałam jak podjeżdżałeś.
Rozmawialiście, ale od jakiegoś czasu słowa nie miały już aż takiego znaczenia jak kiedyś. Płynęły, bo płynęły, niosąc ze sobą treści, do których nie przywiązywaliście żadnej większej wagi. Taka… rozmowa dla rozmowy.
– Szczęście… na piętrze – dodała, pokazując ścianę z ciemnoczerwoną mozaiką. – Inaczej pewnie to mnie też spotkałby taki los, co Sławka.
To, że słowa nie miały znaczenia, nie znaczyło jednak, że nie niosły żadnej treści. Ale ta była dla ciebie trochę niezrozumiała.
– Co masz na myśli? – spytałeś.
Wzruszyła ramionami.
– Na wysokości pierwszego piętra nikt ci raczej nie stanie w oknie i nie przywali z kałacha – zauważyła przytomnie.
Patrzysz na zewnątrz przez okno z „pająkiem”. Chodnik jest na wysokości zbliżonej do poziomu podłogi w mieszkaniu.
Na szczęście w sąsiednim budynku jest podobnie. Chyba, że jakiś debil coś popierdoli i uzna, że ktoś niespełna rozumu mógłby strzelać z daleka…
– Wpadniesz do nas na obiad? – spytała Kaja z bladym uśmiechem.
