W zaświatach
Ta dziwna postać, którą zobaczyłem nad sobą w momencie przebudzenia kazała mi wstać i kierować się na najbliższe wyjście. Nie zrobiła tego słowami. Spojrzała na mnie, a w mojej świadomości uformowało się coś na kształt wspomnienia jak idę w stronę owego wyjścia. Jednocześnie zrozumiałem, że mam tak właśnie zrobić.
To jakaś specyficzna forma komunikacji. Chyba tu dominuje i trzeba będzie ją opanować.
Rozejrzałem się na lewo i na prawo. Nie dostrzegłem końca tej potężnej hali. Była tak wielka, że wzrok nie obejmował jej kresu.
Wyszedłem przez wskazane szerokie wyjście. Swoboda, z jaką poruszało się moje ciało było czymś nowym. Ostatnie wspomnienia z Ziemi, gdy kończyłem życie z ciałem dziewięćdziesięcioośmiolatka przywodziły mi na myśl zamknięcia mnie w cielesnym więzieniu. Najbliżsi życzyli mi zawsze dożycia setki, choć po mojej dziewięćdziesiątce ta pieśń zamierała.
Trzyma się człowiek tego życia, w strachu, że w końcu umrze, bo nie wie, że śmierć mu tak naprawdę nie grozi. Zawsze się gdzieś znowu budzimy.
Przed halą… wszystkie barwy wydawały mi się jakieś takie bardziej żywe i kontrastowe, ale nie wiele różniło się to, co widziałem od tego, co było na Ziemi. Też były tu drzewa, roślinność. Chodniki były ciągami komunikacyjnymi równiutkimi jak w bajkach. Nie było widać łączeń między płytami chodnikowymi… może ich w ogóle nie było, bo był to jednolity odlew… czy co?
W tle mruczały małe wodospady, które jakby harmonijnie mieszały czystą przyrodę z tworem ludzkiej cywilizacji… – o ile można to było jeszcze nazwać cywilizacją „ludzką”.

Byłem budowlańcem, więc takie rzeczy momentalnie przykuwały moją uwagę silniej, niż inne bodźce, których tu nie brakowało.
Sięgnąłem wzrokiem, by spojrzeć wzdłuż ściany hali. Tu również nie widziałem jej końca ani z jednej, ani z drugiej strony.
- Przepraszam – zagadnąłem… osobę przechodzącą obok.
A właściwie to jakiś byt człekokształtny. Wyglądał… chyba jak ja, chociaż siebie jeszcze nie widziałem, ale zarówno ręce jak i nogi miał takie jak moje. Różnił się tym, że jego ciało otoczone było lekką poświatą, jakiej moje nie miało.
- Słucham cię podróżniku – odparł zagadnięty uprzejmie, przystając przede mną.
Wtedy jeszcze się zdziwiłem, bo reakcje, gdy ktoś zagadnięty „na ulicy” przystaje i poświęca ci bezwarunkowo 100% swojej uwagi, były nienaturalne tam, skąd pochodziłem.
- Jak wielka jest ta hala? – spytałem. – Nie widzę jej końca. Nigdy wcześniej czegoś aż tak wielkiego nie widziałem.
- Ta twoja nie jest aż tak duża. Piętnaście minut spacerkiem i dotarłbyś do kolejnych drzwi, do następnego pomieszczenia. Takich osobnych pomieszczeń w hali jest kilka. Każde przygotowane do składania stu tysięcy przetrwałych równocześnie z danej rasy ziemskiej. Dodatkowo jest jeszcze kilka oddzielnych terminali do składania ras mieszanych, no i oczywiście kilka awaryjnych pomieszczeń trochę większych, do składania miliona przetrwałych naraz w sytuacjach awaryjnych albo na koniec okresu ewolucyjnego.
Poczułem się jak noworodek, nad którym pochyla się stara ciotka i coś do niego mówi.
- To… jak wielka jest ta cała hala? – wydusiłem, choć tak naprawdę to nie miałem pojęcia, o co pytam.
- Mówiąc twoim językiem: Dokładnie sto tysięcy kilometrów kwadratowych.
Zatkało mnie. Mówiąc wprost – liczyłem na jakąś zdawkową odpowiedź, po której pokręcę głową z niedowierzaniem. Ale odpowiedź trochę mnie przerosła. Budziła więcej kolejnych pytań, a mój rozmówca sprawiał wrażenie, że bez względu na to, jak długo go będę wypytywał, on będzie odpowiadał. Jakby czas nie grał w tym przypadku żadnego istotnego znaczenia.
Dla kogoś, kto przychodzi tu z miejsca, gdzie nikt na nic czasu nie ma, taka odmiana wręcz szokuje.
- A znajdę tu gdzieś… Boga? – zapytałem i poczułem ciarki na plecach.
Zdecydowanie to moje nowe ciało również potrafiło reagować na emocje niemal tak samo jak to poprzednie z krwi i kości.
Mój rozmówca uśmiechnął się. Choć może w jego przypadku trafniej byłoby powiedzieć, że się rozświetlił, bo jego aura stała się trochę jaśniejsza, co zinterpretowałem jako uśmiech.
- Stamtąd, skąd przybywasz, każdą uduchowioną istotę nazywacie Bogiem, więc trudno mi odpowiedzieć na twoje pytanie twoim systemem wartości tak, byś mnie dobrze zrozumiał – wyjaśnił z zakłopotaniem. – Może powiem tak: Jest siedem bilionów takich zamieszkałych planet jak ta, z której przybywasz. Tworzą one Systemy, zarządzane przez Inteligencję, które zwykliście mylić z Bogiem. Chociaż w przypadku waszego zarządcy w Satanii, to zwykliście go utożsamiać wyjątkowo raczej z szatanem niż z Bogiem. Takich Systemów jest siedem miliardów w siedemdziesięciu milionach Konstelacji tworzących Wszechświaty Lokalne w Sektorach Mniejszych i Większych, które skupione są w siedmiu Super Wszechświatach. Każdym z nich zarządza osobny Syn Boży, któremu powierzone są wszelkie byty tam zamieszkujące. Z bardzo fragmentarycznych przekazów, które posiadacie na Ziemi, planecie odciętej kwarantanną od informacji o funkcjonowaniu waszego Wszechświata po buncie czcigodnego Lucyfera, w zasadzie nie wiecie, kto jest kim. Bogiem nazywacie nawet naszego władcę siódmego, najmłodszego Wszechświata, który obdarzył swoją obecnością waszą planetę, gdyż po buncie Lucyfera ucierpiała ona najwięcej. Więc nie do końca wiem, o kogo pytasz. Jeśli o Inteligencję, która ten cały ogrom utrzymuje w swojej świadomości i jest świadoma każdego bytu w swoim Królestwie rozpościerającym się na setki bilionów lat świetlnych, to przebywa On niezmiennie w swojej siedzibie Wyspie Raj, która jest tak rozległa, że utrzymuje to wszystko w swoim chwycie grawitacyjnym.
Spoglądałem na swojego rozmówce niemo. Sens jego wywodu docierał do mnie powoli i fragmentarycznie.
- Bóg Izraela – wydusiłem sarkastycznie.
Mój rozmówca nie wyłapał ironii. Pewnie nie wiedział nawet z czego ciągnę.
- Na naszej drodze wznoszenia się każdy byt w swoim tempie doskonali się – wyjaśniał dalej mój towarzysz – Tam, skąd przybywasz, mogłeś zaobserwować podobny proces w bardzo ograniczonym zakresie, bo co to za rozwój, gdy masz do dyspozycji jedne i te same warunki? Kilkaset wcieleń i jesteś ekspertem w byciu istotą materialną. Żadna sytuacja nie jest ci obca. Tutaj właściwie zaczyna się dopiero zabawa.
- Chcesz powiedzieć, że cały mój bagaż doświadczeń to… nic?
Postać skłoniła z szacunkiem głowę przede mną.
- Bardzo szanujemy podróżników, którzy pochodzą z planety, na której żył władca naszego Wszechświata. Nabywacie tam specyficznych umiejętności takich, których nigdzie indziej we Wszechświecie nie ma szansy zdobyć. Wasze unikatowe doświadczenia są niepowtarzalne. Nie ma drugiego takiego miejsca we wszystkich siedmiu Wszechświatach, gdzie istoty inteligentne są całkowicie odcięte od informacji, skąd pochodzą i myślą, że są ewolucyjnym przypadkiem na skalę pustego Wszechświata. I to wykasowanie pamięci między wcieleniami. Niby robi się tak na wszystkich światach materialnych, ale wszędzie podróżnicy mają świadomość tej większej całości siebie. Wiedzą, gdzie są i po co. U was tak nie jest. Żyjecie od narodzin do śmierci i każdy z was po swojemu musi odnaleźć sens danej egzystencji. To jest fascynujące dla wielu z nas, którzy się temu przyglądamy, bo poza waszą planetą, wszędzie we Wszechświecie panują zupełnie inne zasady.
- Jakie zasady? – spytałem.
- Prawem wszechświata jest rozwój i służba. Nie spotkasz tu żadnego bytu wyższego od swojego, który odmówi ci pomocy w twoim rozwoju. A pomoc ta nie jest aktem łaski, czy wymuszonej usługi, a naturalną potrzebą każdego bytu. Tam skąd pochodzisz, gdy spotka się podobnie myślącą istotę, traktuje się to jako wyjątek, nie regułę.
Obok nas pojawiła się kolejna istota, podobna do nas. Ja stałem jak słup soli, ale pewne rozjaśnienie ich aur odczytałem jako wyrazy wzajemnego szacunku i serdeczności.
- Oddaję cię w ręce twojego przewodnika – powiedział mój rozmówca. – Resztę dowiesz się od niego.
Kiwnąłem głową, jakbym to zrobił na Ziemi.
- Dziękuję za pomoc – rzuciłem, widząc, że chce odchodzić.
Rozpromienił się i poszedł w stronę, w którą zmierzał, zanim go zatrzymałem swoim pytaniem.
Mój przewodnik był równie miły, ale przy tym rzeczowy i konkretny, bo prawdopodobnie był specjalnie dla mnie przydzielony. Objaśnił mi, że mam do dyspozycji coś w rodzaju urlopu, wakacji… a dokładnie dziesięć dni swobody przed przystąpieniem do nauki. Dostałem osobne lokum – coś w rodzaju prywatnego mieszkania w ogromnej, wielopiętrowej budowli, o której wymiarach też nie byłem w stanie nic powiedzieć, nie widząc nawet jej konturów. Wszystko tu było na niespotykaną na Ziemi skalę.
Objaśniono mi, co mogę robić w czasie tych dni swobody. Dokąd pójść, co zwiedzić, skąd samodzielnie pozyskiwać informacje.
No i… musiałem odpoczywać. Miałem materialne ciało funkcjonujące nieco inaczej niż to ziemskie, ale też wymagające okresowej regeneracji.
Coś w rodzaju biblioteki – czytelni, było dla mnie równie fascynującym miejscem,jak fizyczny świat, w którym teraz przebywałem. Chłonąłem to wszystko jak gąbka wodę. Wszystko było nowe i fascynujące.
Zachwycała mnie kultura budowlana, nieosiągalna perfekcja, do jakiej niezdolni byliśmy na Ziemi, fascynowały mnie architektoniczne pomysły – mini-wodospady pełniły tu podobną rolę w centrach użytkowych, co u nas zdobione fontanny gdzieś w pobliżu ratuszy miejskich. Nie było tu co prawda reklamowych bilbordów, ale wielkie ruchome obrazy pojawiające się niczym hologramy na tle zieleni obok szlaków komunikacyjnych, uruchomiały się znienacka, by ukazać piękno miejsc mi nieznanych, choć łudząco podobnych do Ziemi.
Nie wiem, jak to wszystko powstało, ale dla byłego budowlańca sprawiało wrażenie, że nie było w tym najmniejszego problemu technicznego. Technologia, jaką tu dysponowano, pozwalała fizycznie wykonać dosłownie wszystko, co tylko najbardziej postrzelony architekt-artysta wykombinuje w swojej bujnej wyobraźni.
Biblioteka, o której wspomniałem, zawierała terminale z dostępem do archiwów Wszechświata. Gdy nie podziwiałem architektury mojego nowego domu, siedziałem tam i wertowałem rekordy. W zasadzie jedynym ograniczeniem dostępu do danych było to, że nie wiedziałeś, o co pytać.
Prześledziłem historię Ziemi. To zdumiewające, że zachowały się u nas zmanipulowane wzmianki o odległej o kilkaset tysięcy lat misji genetycznych udoskonalaczy rasy ludzkiej, zwyczajowo na światach materialnych zwanych Adamem i Ewą, a nie było nigdzie śladu informacji o dużo dłuższej misji księcia planetarnego, który z ramienia Wszechświata zarządzał ewolucją rasy ludzkiej na Ziemi. To, że przyłączył się on do buntu władcy całego Systemu Satanii, prawie ośmiuset wówczas światów zamieszkałych, usunęło go z naszej pamięci cywilizacyjnej trwalej, niż jego szefa, Lucyfera, który nadal oczekuje tu w odosobnieniu na proces.
Nie wszystko jeszcze rozumiem. Ale jak bardzo odległy dla nas jest Bóg, ta najwyższa kosmiczna Inteligencja, skoro nawet tak wysoki urzędnik administracji Wszechświata, który zarządzał całym Systemem, gdzie docelowo miało powstać tysiąc takich światów zamieszkałych, jak Ziemia, mógł w swoim egoizmie zakwestionować jego moc, a może nawet istnienie?
Administracja Wszechświata zrobiła to, co można było w takiej sytuacji zrobić. Chcesz być chłopie samodzielny, to bądź! I odcięła całą Satanię od obwodów informacyjnych i życiowych Wszechświata.
Gdy okazało się, że właściciel fabryki nie powinien gniewać się na elektrownię, bo odcięcie zasilania bynajmniej nie usprawni mu produkcji, upadek tego zdolnego zarządcy, któremu wróżono spektakularną karierę w administracji Wszechświata był wręcz zdumiewający.
Jak ktoś takiego kalibru nie potrafił przewidzieć konsekwencji swojej deklaracji niepodległości w tej swoistej machinie naczyń połączonych Wszechświata, nie mieściło mi się w głowie. Wydawało mi się to wręcz absurdalne z moim maleńkim rozumem, nie dającym się porównać z inteligencją bytu rozwijanego co najmniej od kilku miliardów lat.
Ciekawostką jest – już tak z innej beczki – to, że nie ma tu kibli. Odżywiamy się takim specyficznym sokiem o różnych smakach i właściwościach. To coś jak płynna energia, która się wchłania w nasze ciała fizyczne całkowicie. Nie ma systemu przemiany, gdzie byłyby jakieś produkty uboczne, które trzeba wydalać. Fajne to jest, bo nie ciśnie do sracza, odczuwamy jedynie coś na kształt głodu.
I ciągle ciężko mi przywyknąć do tego, że nikt tu niczego nie chce w zamian. „Posiłki” powszechnie dostępne są w kilku miejscach. Nie trzeba więc planować jakichś podróży w celach regeneracji, by się doenergetyzować. Z dowolnego miejsca należy się tylko dobrze rozejrzeć, a dystrybutor z napojami na pewno będzie gdzieś w pobliżu. Zauważyłem, że te osobne smaki nie mają wyłącznie walorów służących urozmaiceniu. Chyba mają coś wspólnego z koncentracją, percepcją, możliwościami wizualizacyjnymi… Pewnie tego wszystkiego będą mnie dopiero uczyć. Na razie działam po omacku, a nie chcę już nikogo zatrzymywać i pytać, bo i tak tych bodźców informacyjnych jest aż za dużo.
Moja kwatera jest niemal wierną repliką hotelu, w którym spędziłem kiedyś tydzień, gdy byłem jeszcze z Kaśką na naszych pierwszych i ostatnich wakacjach zagranicznych. Chyba gdzieś podświadomie tęskniłem do tej beztroski Karaibów, miejsca skrajnie egzotycznego dla Polaka gołodupca z początku dwudziestego pierwszego wieku. Czy to powstało z moich wspomnień? Jeśli tak, to jak to się fizycznie odbywało? Interesowała mnie mechanika tego miejsca, o której nie miałem pojęcia, bo nigdy tu nic nie było „w budowie”. Wszystko, na co patrzyłem, było ukończone i nigdzie nie było śladu nowych prac.
Wyczytałem w „bibliotece”, że jestem na pierwszym z siedmiu światów porządku postmaterialnego, gdzie nie zrywa się gwałtownie z materią, ale jest ona nieco inna od tej, jaką poznawaliśmy na Ziemi. Że każdorazowo będę na każdym z tych światów otrzymywał zupełnie nowe fizyczne ciało tak zwane morontialne, bardziej dostosowane do tych przejściowych etapów odchodzenia od materii, a przejścia w stan duchowy. Ale nie było to wyjaśnione do końca. Widocznie było to zbyt skomplikowane, by dało się wyjaśnić hasłowo i w sposób uproszczony.
Pierwszy świat kultury morontialnej, na którym się właśnie „obudziłem” w potężnej hali zmartwychwstania, służył głównie niwelowaniu deficytów poznawczych, z którymi przychodzimy tu z świata w pełni materialnego…
