To nie nasza wojna? Najkrótsza droga do samotnej Polski
Samotna Polska nie zaczyna się od katastrofy. Czasem zaczyna się od haseł, które brzmią niewinnie: „to nie nasza wojna”, „trzeba się dogadać”, „Zachód nas wykorzystuje”.
11 czerwca 2026 r. w ambasadzie Federacji Rosyjskiej w Warszawie odbyło się przyjęcie z okazji Dnia Rosji. Rosyjska ambasada sama informowała o uroczystości i wystąpieniu ambasadora Gieorgija Michny, w którym pojawiały się typowe rosyjskie formuły o „wielobiegunowym porządku świata” i obronie „uzasadnionych praw” Rosji.

Na tym przyjęciu pojawił się Piotr Heszen, dyrektor Biura Koła Poselskiego Konfederacji Korony Polskiej — ugrupowania Grzegorza Brauna.
Według Interii Heszen twierdził, że jego obecność była uzgodniona z Grzegorzem Braunem.
Z relacji medialnych wiemy, że uczestniczył tam także Mateusz Piskorski, kojarzony z prorosyjskim środowiskiem; media przypominają, że ciążyły na nim zarzuty dotyczące współpracy z rosyjskim i chińskim wywiadem.
11 czerwca w rosyjskiej ambasadzie wybrzmiało ze strony osoby związanej z zapleczem Grzegorza Brauna coś więcej niż dyplomatyczna uprzejmość. Wybrzmiała pewna wizja Polski: kraju, który ma przestać ufać Zachodowi, zdystansować się od Ukrainy, uznać wojnę za cudzy problem i szukać „normalizacji” z państwem prowadzącym agresywną politykę.
Właśnie od takich haseł zaczyna się mój political fiction „Pogoniliśmy Unię!” — świat, w którym polityczne slogany przestają być publicystyką, a zaczynają produkować konsekwencje.
W procesie przygotowań przedpremierowych wielokrotnie już słyszałem pytanie, czy nie za mocno eksponuję związek między hasłami o polexicie a całkowitą zmianą kierunku, w jakim wówczas podążymy — na wschód.
Nie zamierzam rozstrzygać, co dokładnie kieruje ludźmi, którzy dziś mówią o „normalizacji” relacji z Rosją, dystansowaniu się od Ukrainy i traktowaniu wojny za naszą wschodnią granicą jak cudzego problemu.
Motywacje bywają różne: ideowe, polityczne, taktyczne, czasem zwyczajnie naiwne.
Ale w polityce nie zawsze najważniejsze są deklarowane intencje. Ważniejsze bywają skutki.
A skutek takiego myślenia jest łatwy do przewidzenia: Polska coraz dalej od Zachodu, coraz bardziej podejrzliwa wobec własnych sojuszy, coraz bardziej samotna — i właśnie przez to łatwiejsza do rozegrania.
O tym jest „Pogoniliśmy Unię!”. Nie o jednej partii. Nie o jednym polityku. O chwili, w której hasła przestają być hasłami, a zaczynają prowadzić państwo w bardzo konkretnym kierunku.
11 czerwca w ambasadzie Federacji Rosyjskiej można było zobaczyć, że ten kierunek nie jest już tylko literacką hipotezą.
Dlatego „Pogoniliśmy Unię!” nie jest powieścią o jednej partii ani jednym polityku. To political fiction o państwie, które zbyt późno zauważa, że hasła o suwerenności mogą prowadzić nie do siły, lecz do samotności.
