Safe 0%, czyli jak zjeść ciastko i mieć ciastko!

Żyję od pierwszego, do pierwszego. Nie jestem bogatym człowiekiem, ale czuję, że mam wszystko i niczego mi nie brakuje.
Mieszkam we wiosce. Do najbliższego sklepu mam 6 kilometrów. Do miasta 8. Do pracy 17. Dobrze, że mam auto, bo bez niego…
No i jadę tą swoją starą Toyotą. Wieje jak jasny pierun. Wiem, bo uszczelki w drzwiach już niepierwszej świeżości.
Nagle czuję potężne uderzenie. Poduszki powietrzne odpalają…
Co się stało?
Ano… drzewo zwaliło się na drogę. Sytuacja losowa.
Moja rzeczywistość drastycznie się zmienia w jednej, krótkiej chwili. Naprawa auta nie wchodzi w grę. Nie przy tych uszkodzeniach. Ale muszę coś szybko kupić, bo w mojej sytuacji brak auta uniemożliwia mi wręcz dalszą egzystencję.
Na szczęście sprawa rozwiązuje się sama. Zza drzewa wyskakuje jakiś skośnooki gość i mówi, że w jego koreańskim banku mogę wziąć zwykły kredyt, na ogólnych warunkach, a i Toyotę od niego za to kupię, koreańską, co prawda, ale też jeździ do przodu, do tyłu i nawet skręca, jak się kierownicą obróci.
Zza drugiego drzewa wyskakuje jakiś drugi gość i mi tłumaczy, że on mi da kredyt korzystniejszy, bo z Ameryki. I za to, że kupię od niego amerykańskie auto. On mi je dostarczy relatywnie szybko, oczywiście pod warunkiem, że mu ono nie będzie akurat potrzebne, ale wtedy lojalnie wyjaśni, że auto dostarczy mi z niewielkim poślizgiem.
Coś tam kojarzę od kolegi, który już wpłacił temu gościowi kiedyś zaliczkę, a teraz dostał info, że samochodu jeszcze przez 10 lat nie będzie. Więc kręcę nosem, co wyraźnie deprymuje sprzedawcę.
Wkurzony leci za kolejne drzewo.
Gdy tracę go z oczu, czuję jak ktoś klepie mnie po ramieniu.
To gość z pobliskiej wioski.
– Adam – mówi cicho. – W sumie to jedziemy na tym samym wózku. Jak ty nie dojedziesz do pracy, to ani ja nie zjem chleba, który pieczesz, ani ty nie kupisz ode mnie mleka. Zależymy od siebie nawzajem, więc nasi Sołtysi ustalili, że użyją siły naszej wioskowej wspólnoty, by zabezpieczyć ci kredyt, na jaki cię nie stać. A samochód sobie kupisz u siebie we wiosce albo w którejś sąsiedzkiej i zrobisz to już teraz, a nie za lat 10, jak ci ten Jankes proponuje.
Uśmiecham się. No… nie oszukujmy się. Każdy kredyt jest niekorzystny, ale jestem bez auta i mieszkam w miejscu, gdzie bez auta nie dam już rady.
Zza drzewa, za którym zniknął chwilę wcześniej Amerykanin, wychodzi Prezydent RP z naczelnym finansistą naszego narodowego banku.
– Tylko ciiiicho! – słyszę głośny szept z charakterystycznym, amerykańskim akcentem.
Pan Prezydent podchodzi i mówi:
– Słuchaj, Adam… tak patrzę na te twoje zmagania i coś mi nie gra. Ty naprawdę chcesz kupić ten szmelc wioskowy zamiast porządnego amerykańskiego auta?
Trochę głupio mi się robi. Nie rozmawiam przecież z byle kim.
– Nasz wioskowy sprzedawca dzięki temu, że u niego kupię, da dodatkowe miejsca pracy obywatelom mojej wioski – zaczynam nieśmiało. – Poza tym, jak mi coś siądzie w tym aucie, to na miejscu ma warsztat i to naprawia. Ma na miejscu wszystkie części zamienne… No i… to chyba dobrze, że chcę wspierać przemysł nasz własny, narodowy?
– A czy masz naprawdę stuprocentową pewność, że podkładka pod śrubę lewego wahacza przy podwoziu nie będzie produkcji niemieckiej, na przykład? – pyta Pan Prezydent.
Nie rozumiem.
– A co, jak będzie? – pytam.
– Jako prawdziwy Polak, patriota i katolik, nie powinieneś przypadkiem nienawidzić Niemca?
Znowu robi mi się głupio. Nie odpowiadam. Nie wypada.
Inicjatywę przejmuje Prezes Narodowego Banku Polskiego. Szczerze mówiąc, czekałem na jego zdanie z niecierpliwością. Może ma dla mnie taką propozycję, że aż z radości z butów wyskoczę?
– Drogi panie, ja może z innej beczki – mówi, gładząc się po wystającym brzuchu. – Chcesz pan zaciągać kredyt, a nawet nie spytałeś pan, co ja mogę dla pana zrobić. A tak się akurat składa, że między wykazywaniem rok w rok miliardowych strat instytucji, jaką zarządzam, mam trochę czasu wolnego i mogę doradzić, jak masz pan wyjść z tego kłopotu, nie tracąc odsetek.
– Zamieniam się w słuch, panie Prezesie – mówię z zaciśniętym z emocji gardłem.
– Pomyśl pan tak na logikę – mówi Prezes. – Masz pan dom?
– No mam.
– Ile był warty, jak go pan kupił?
– No… to było bardzo dawno. Wtedy zapłaciłem niecałe 50 tys. złotych.
– No widzisz pan! – ucieszył się ekonomista. – A ile on wart jest dzisiaj?
Heniek, o dwa domy dalej, mieszkał w podobnym. Jak go ostatnio wyceniał, to analityk krzyknął mu, że 600 tys.
– No… Z pół miliona wziąłbym za niego teraz bez problemu – mówię.
– No widzisz pan – ucieszył się Prezes, robiąc taką minę, jakby z niedorozwiniętym dzieckiem rozmawiał. – Sprzedajesz pan ten dom teraz, to realizujesz pan zysk bliski 450 tys. Wiesz pan, jaką furę możesz pan od Amerykanów kupić za taką kwotę?
– A… dom? A mój dom? – mamroczę bez zrozumienia.
Dygnitarze patrzą na siebie ze zdumieniem. Chyba naprawdę jakoś wybitnie nie dorastam do ich inteligencji.
– No… dom… Możesz pan w kolejnych latach go… pomału odkupić – radzi mi naczelny ekonomista mojego kraju.
– I będziesz pan mieć 100% pewność, że podkładka w pana nowym aucie na pewno nie będzie niemiecka – dodał Pan Prezydent z przekonaniem.
Stoję tak przy nich i coraz mniej rozumiem. Słychać jakieś klaśnięcie w ręce zza drzewa, od strony wschodniej coś… jakby wystrzał korka od szampana.
– I żeby nie było – dodaje Pan Prezydent z groźną miną. – Ja jako Prezydent Polski zabraniam ci brać jakikolwiek kredyt. To, że twój sąsiad, jeden z drugim, zyska pracę w waszej wiosce nie może być dla ciebie jako polskiego patrioty aż tak ważne, jak los twojego amerykańskiego przyjaciela, który być może tę pracę straci, gdy ty nie kupisz fury zza oceanu. Chcesz narazić przyjaźń polsko-amerykańską dla swoich partykularnych, wioskowych interesów?
– Rozumiem… Panie Prezydencie… Ale… gdzie ja będę mieszkał, jak sprzedam swój dom?
Pan Prezydent litościwie pokręcił głową.
– A mówią, że Polak taki zaradny – zaśmiał się, odwracając na moment twarz w stronę Prezesa Banku Centralnego, po czym ponownie spojrzał na mnie z typowym polskim cwaniactwem. – Nie macie tam w pobliżu jakiegoś lokalnego pijaczka z peerelowską kawalerką? – spytał.
