Przygotowania do wojny, kórej nie będzie
Od czasów konfliktów i wojen zamierzchłych czasów (II Wojna Światowa, Wietnam) nie było na świecie starć, w których wielkie mocarstwa mogłyby pokazać swoje prawdziwe pazury.

Mając na uwadze własne doświadczenia po Wietnamie, największa armia świata wypracowała strategię uderzeń punktowych, które w założeniu mają niszczyć wszelkie możliwości militarne przeciwnika oraz cały jego system dowodzenia, zanim (o ile w ogóle) wejdzie tam amerykański żołnierz ze swoją nieodłączną gumą do żucia.
Działało to w Iraku bardzo sprawnie. Lotnictwo zrobiło główną robotę, potem wszedł sprzęt ciężki, gdzie przewaga nowoczesnych Abramsów nad pancerną pięścią Husajna (przestarzałe T-72, T-62, T-55) była mniej więcej taka, jaką ma pająk „walczący” z muchą we własnej sieci.
Gdy już wszedł Jasio z karabinkiem, to albo nie było już do czego strzelać, albo cele ruchome trzymały ze strachu ręce uniesione wysoko w górę, w obawie, żeby tak wszechmocny Jankes laserem do nich czasem nie strzelał, bo różnica wyposażenia i możliwości była nie do porównania.
I tak to zostało w mentalności obywateli świata… do roku 2023.
Wtedy „druga armia świata” pokazała, że wizualna przewaga i prężenie muskułów politycznych działają wyłącznie w dyplomacji, a „pierwsza armia świata” pokazała, że jej gwarancje (warunek rozbrojenia nuklearnego Ukrainy w 1994) są w rzeczywistości ch_ja warte.
Nikt się nie spodziewał, że legendarne możliwości Armii Rosyjskiej i jej ukrywane, ściśle tajne nowe technologie, to głównie czterdziesto-pięćdziesięcioletnie, jeszcze zimnowojenne pukawki, bardziej nowoczesną technologią zbliżone do budowy wozu drabiniastego niż do współczesnego sprzętu bojowego NATO.
No i USA także pokazało w roku 2026, że „potęga” tego mocarstwa działa wyłącznie wtedy, kiedy atakuje się prawie bezbronnych.
Taktyka spalonej ziemi nie działa, gdy ta spalona ziemia jest pofałdowana, górzysta, a przeciwnik do takiej wojny się odpowiednio przygotuje.
Po miesiącu od uderzenia Stanów Zjednoczonych z Izraelem na Iran, szaleniec na stanowisku Prezydenta USA (jak nazwał go sam Szef sztabu sił lądowych USA generał Randy George, odchodząc ze swojego stanowiska) atakuje swoim starczym monologiem cały cywilizowany świat, bo… rakiet już mu w tej wojnie nie starcza, a NATO niesłusznie nie uznaje go za napadniętego).
Zgodnie z doniesieniami militarnych ekspertów, w miesiąc „wojny” Stany Zjednoczone wystrzeliły czteroletnią produkcję pocisków typu Patriot. Szaleniec się miota. Prosi świat o oddawanie tego, co od amerykanów kupili, bo jak się ktoś przyzwyczai, że otaczają go same durnie, to ciężko załapać, że nie wszędzie jest tak samo, jak w gabinetach ludzi z jego administracji.
Europa dowiaduje się, że zakupionego przez nią uzbrojenia dla walczącej Ukrainy nie będzie (to znaczy będzie, ale pewnie sporo czasu po wojnie), kilka krajów europejskich, obecnie w mniejszej potrzebie niż Ukraina, również dostaje powiadomienia, że zakupione w USA uzbrojenie będzie dostarczone w dużo późniejszym okresie.

I teraz można spokojnie pomyśleć, czy jakiekolwiek zakupy uzbrojenia zza oceanu są w ogóle bezpieczne? Czy Iran dla Stanów to nie jak taka Ukraina dla Rosjan?
A co, gdy USA uwikła się w konflikt z Chinami?
Czy pomysł PiSowców, żeby się przyspawać do tyłka Trumpa jest naprawdę (pomijając złośliwości polityczne) aż tak perspektywiczną strategią obronną Polski?
Czy karkołomne wysiłki Nawrockiego, by odwrócić trend zakupowy w kraju od budowy własnych możliwości produkcyjnych, kosztem napychania kieszeń Amerykanom, powinny spotkać się z powszechną aprobatą społeczną w kraju?
Nawet przy założeniu, że obywatele amerykańscy w końcu zrzucą tego swojego niepoczytalnego pajaca ze stanowiska i wywiozą go na taczkach, razem z tą jego bandą klakierów, nie zmieni to faktu, że opieranie naszej obrony o dostawy zza oceanu powinniśmy uznać za strategiczną pomyłkę.
Nie znaczy to, żeby w ogóle ich zaniechać, bo w niektórych obszarach nie ma na razie alternatywy dla amerykańskiej technologii, ale nie powinniśmy brać tam niczego ponadto, co konieczne.
Powstały ostatnio też inne pytania, których wcześniej nie było: np. czy rakieta o wartości 2-3 mil. dolarów, która zwalcza drona wartości kilkunastu tysięcy dolarów, jest rzeczywiście nam potrzebna w ogóle.
No… pewnie tak, tylko czy naprawdę do tego akurat celu.
Bo wystarczy wysłać kilkadziesiąt dronów wabików, czyli nakład ok. dwustu-trzystu tysięcy dolarów, żeby wyzerować i obezwładnić cały system obrony powietrznej wroga, przed odpaleniem rakiety głównej z głowicą jądrową.
W takiej konfiguracji przebudowy wymaga nie tylko system sojuszy ale i zestaw narzędzi do walki. Bo na chwilę obecną nasza technologia wymusza strzelanie z armaty do komara, bo nikt jeszcze nie umie zwalczać go inaczej.
Więc już powinniśmy stawiać sobie pytania, nie tylko, gdzie pójdą nasze dodatkowe środki na zbrojenia, ale również, na co tak naprawdę powinniśmy je przeznaczyć.
Bo z „wojny” Stanów Zjednoczonych z Iranem powinniśmy wyciągnąć główny wniosek, że stawianie na konwencjonalne środki walki rodem z XX w. może okazać się błędem.
Mam nadzieję, że te wszystkie perturbacje i przetasowania na arenie międzynarodowej nie zakończą się przetestowaniem przez któreś z „mocarstw” broni atomowej jako alternatywy na niewydolny system swojego zaopatrywania wojennego.
