Przekraczanie granicy śmierci
Wydawało się mi to co najmniej śmieszne – okiełznaliśmy prawa fizyki, zajrzeliśmy do najdrobniejszego atomu komórki i umiemy spoglądać w kosmos na odległość miliardów lat świetlnych, nauczyliśmy się rozszczepiać atom i wysłaliśmy człowieka na Księżyc, a komputery zaczynamy wyposażać w inteligencję mającą dostęp do nieosiągalnych dla pojedynczego człowieka zasobów pamięci.
A każdy z nas i tak na koniec staje przed odkryciem, które na co dzień nie jest dla nas dostępne, mimo tej całej skomplikowanej technologii, którą dysponujemy jako ludzkość.
Umieranie jest tajemnicą niedostępną dla osiągnięć naukowych cywilizacji ludzkiej. To inny tor, na którym nie ma fotoradarów, czarnych skrzynek i żadnego monitoringu.
Gdy już wiemy, że ta naturalna kolej rzeczy się zbliża… no… nie można wrzucać wszystkich do jednego wora. Reagujemy różnie.
Ja jestem ciekawy. Może lekko podniecony tą podróżą w jedną stronę. Wszystko, co zobaczę, usłyszę czy doświadczę będzie pierwszym doznaniem niedostępnym dla żadnego żywego człowieka.

Te wszystkie nasze religie, wierzenia, konieczność ufania na słowo w wizje natchnionych rzekomo pośredników Tego Czegoś Wielkiego, a ty stajesz twarzą w twarz z tym Nieznanym i już wiesz, kto mówił prawdę a kto tylko pierdolił, jak potłuczony.
Otwieram oczy. Przy moim łóżku zgromadzili się moi bliscy. Kiedyś jak umierała babcia Helka, jakieś… osiemdziesiąt osiem lat temu, ja też stałem przy takim łóżku. Bardziej byłem zaabsorbowany tym, że kolega z sąsiedniej klatki dostał piłkę z nieścierającą się skórą, tak mega doskonałą w porównaniu z moją piłką szmacianką, która po kilku meczach przypominała zamszową, nieskórzaną.
Babka zaciągała te powietrze z takim wysiłkiem, że niemal chciałem, żeby w końcu przestała, choć już wtedy dokładnie rozumiałem, co by to oznaczało.
Ja na swoim łożu śmierci nie musiałem walczyć o każdy oddech. Nie miałem astmy ani raka. W zasadzie to nic mi nie było, bo starość to przecież nie choroba. Po prostu ciało sprawiało mi już taki kłopot, że nie miałem ochoty go dalej używać.
Od kilku dni miałem wrażenie, że to ode mnie zależy, który oddech będzie moim ostatnim. Jak przestawałem oddychać, to nie dusiłem się, tylko… oddalałem. Decyzja o powrocie wznawiała oddech, przeciwna to była właśnie ta, którą kiedyś podjęła moja babcia, zakończywszy swoje pożegnanie z rodziną. Po osiemdziesięciu ośmiu latach zrozumiałem, że to ona wybrała najwłaściwszy – według niej – moment.
Wkurwili mnie, gdy rano poduszkę ustawili tak, że leżałem niemal na siedząco. Ale teraz nabrało to sensu. Mogłem widzieć wszystkich. Leżąc nie miałbym takiej możliwości, żeby po raz ostatni spojrzeć na ludzi, których tu zostawiam.
- Anielka – wydusiłem.
Wnerwiające było to, że nie miałem pewności, czy nie bełkoczę niezrozumiale. Nie chciało mi się mówić, ale musiałem się chyba po raz ostatni zmobilizować, bo to, co chcę powiedzieć pozostanie nieczytelne.
Stara dewotka latająca co emerytura na pocztę, by lwią część swoich dochodów przeznaczyć na oszusta w sutannie i jego szemrane interesy owinięte fałszywym patriotyzmem, spojrzała z taką tępotą na twarzy, jakby gapiła się na niego samego.
- Anielka, jak mi na pogrzebie będziesz zawodzić tak jak u Heńka w zeszłym roku, chuj cię strzeli zaraz po stypie. Zrozumiałaś, moherze, czy nie? – spytałem wprost.
- Tak, Edziu. – wypaliła bezmyślnie.
Kacper z Igą – moi prawnukowie zarechotali, natychmiast potem przywołani do porządku przez mojego wnuka. Odkąd głąb ukończył studia, mądrala się zrobiła z niego, jakby został politykiem.
„Kurwa – pomyślałem. – Czemu człowiek nie może spokojnie wyciągnąć kopyta, tylko musi to robić od razu w atmosferze nabożeństwa żałobnego?”
Całe życie byłem jajcarzem, a teraz, jak mam oficjalnie jebnąć w kalendarz, nie mogę tego zrobić swobodnie, bo ta zasuszona starucha zacznie zaraz wyć: „Dobry Jezu, a nasz Panie…”.
No kurwa, na bank wtedy ożyję i pociągnę ją za sobą jak do ołtarza. Czemu Bogdan, nasz syn, nie zamknął jej na dwusetne urodziny w dźwiękoszczelnym pokoju? Byłby spokój.
Nie wiem jak jest u innych. Może gość z podpiętą morfiną nie ma za dużo świadomości. Ja mam jej pod dostatkiem. Umysł mam… może trochę zmęczony tym brakiem panowania nad ciałem, ale trzeźwy i złośliwy jak zwykle. W zasadzie to tylko ciało jest nie do użytku. Nie boli, ale jest takie, jakby drewniane. Obce.
Wiem, że starcza niedołężność jest przez ludzi łączona z brakiem piątej klepki. Gdy jesteś w takim właśnie dziewięćdziesięcioośmioletnim kombinezonie, a umysł twój jest taki jak zwykle, ciało nie umie tego zakomunikować. Widać, że traktują cię jak dziecko. Jak rozkapryszonego bachora.
Chuj z tym. Jakoś przeżyje te spojrzenia pełne chuj wie czego, jakiejś durnowatej żałości, litości… Heksiątko pewnie z tą swoją maską kombinuje po swojemu, czy kartofle do obiadu utłuc, czy podać w całości. Mam przynajmniej taką nadzieję, że każdy z nich ma swoje dylematy, takie jak ja, osiemdziesiąt osiem lat temu i ludzka psychika aż tak się nie zmieniła od czasu jak babka wskoczyła do grobu.
Jedno u mnie zmieniło się na pewno. Podczas tego ostatniego kontaktu nie czuję już potrzeby wychowywania, strofowania… No dobra, tego starego mohera nie liczę, bo wkurwia mnie bez zmian. Ale pozostali już nie.
A są tu wszyscy.
Bogdan, mój syn – staruch jeszcze większy niż ja. Miesiąc temu, zaraz po siedemdziesiątce zaczął z wózeczkiem popierdalać. Czuję jednak ulgę, że to nie ja muszę go chować. To by było wbrew naturze, a od kilku lat podejrzewałem, że nie byłby to scenariusz abstrakcyjny, bo ten stary fajfus chorował już na wszystko. Pewnie miał nawet raka macicy, bo menopauzę przeszedł z całą pewnością. Chodzący problem medyczny.
Jeszcze nie tak dawno ciągnąłem z niego, że te hamulce przy starczym balkoniku powinni mu wymontować, bo nie rozwija na tym pojeździe żadnych zapierających dech w piersiach prędkości.
Zaczął tłumaczyć, że to pomaga skręcać.
Może i dobrze, że mu ich nie wymontowali, bo bez wspomagania skrętu mógłby wparować na jakiś inny pogrzeb i rozminąłby się ze mną w mojej ostatniej drodze. Z hamulcami może jakoś wykieruje.
Nawigację mu tam jeszcze powinny wnuki zainstalować, choć oprócz jazdy jest tam jeszcze tylko opcja dla piechura. Czy żółwia nie będzie okręcać na wszystkie strony mylnie rozumując, że dziad nie przemieszcza się, a stoi?
Jego żona… nie pamiętam jak się nazywa. Zawsze nazywałem ją Hexiontko, bo na Hexe jest fizycznie za mała i za pierdołowata. A ona się cieszyła, jakbym zdrabniał jej własne imię, którego za diabła nie pamiętam. Całe życie to było dla niej za mało, żeby sprawdzić, co kryje się pod tą ksywą. I dobrze.
Dzisiaj żałuję, że ją tak nazywałem. Hexa przynajmniej ma jakąś inteligencję i rozum. A ta potrafiła się zgodzić zarówno z Anielą, która łkała, że jadę za szybko, jak i z Bogdanem, który wył, że za wolno jedziemy, i nie zdążymy do szpitala przed jego zgonem.
Strasznie nijaka jest ta baba. Wchodzi w dupę każdemu, nie ma swojego zdania, a każde swoje stanowisko wyrażała z prefiksem: „Bogdan, Szczepan, czy Anielka jest zdania, że…”
Kryśka, moja wnuczka, to naprawdę było moje oczko w głowie. Uśmiecha się do mnie tak… mało zdecydowanie. Nie wie, co ma myśleć, bo nigdy się nie dowiedziała, co ja myślę o niej jak już wiem, że z jej strony prawnuków raczej nie będzie. Jest zajebiście mądra, ale nie potrafi zapłodnić swojej partnerki życiowej.
Najgorsze, że myśli o mnie jako o starym zgredzie, który jak ta pieprzona dewotka Aniela, myśli, że Bóg to idiota i stworzył ją z takimi skłonnościami, tylko po to, żeby jej nie zaakceptować. Żałuję, że nie wyprowadziłem jej z tego błędu jak jeszcze byłem w stanie sprawnie się wyrażać. Teraz byłby to za długi wywód i już raczej jej tego nie powiem.
Takich właśnie rzeczy teraz żałuję.
Nieco po lewej stoi Zygmunt. Sąsiad. Taki nasz lokalny Kargul. Nie przyszedł z karabinem, ale gdybym nie wiedział, że umieram, to sam widok Zygmunta w tym gronie uświadomił by mi, że tak właśnie się dzieje.
Minę ma, jakby całe życie mu się zawaliło. Gdzie on znajdzie teraz nowego wroga?
Ewa – kolejna wnuczka z trzema moimi prawnukami – Michałem, Kornelem i Kingą. Patrząc na prawnuków trochę przestawia mi się w głowie. Jeden chłop i dwie pizdy. Kinga to dziewczyna z jajem, a tych dwoje przypominają takim jak ja, że zawieszenie obowiązkowej zasadniczej służby wojskowej ma swoje konsekwencje dla całego społeczeństwa. Spoglądam na ich ojca, informatyka w rurkach.
Może dobrze, że moja droga dobiega końca, bo nie na takim świecie zaczynałem swoją ziemską tułaczkę.
Na chwilę przymykam oczy. Jak je ponownie otwieram widzę na twarzach krewnych mieszaninę ulgi i zawodu. Dla jednych jestem jak reklama w czasie filmu, dla drugich jak jeden z utworów Prince’a, który na koncercie kończy się dłużej, niż trwa w ogóle, w oryginalnej formie.
Myślę sobie, że te wyobrażenia ludzkie o pięknej śmierci, w otoczeniu kochających nas osób, to strasznie narcystyczne oczekiwania. Ludzie dzisiaj nie mają czasu siedzieć i czekać, aż zdechniesz po piętnastu retrospekcjach osobistych i pouczeniach końcowych, na które oczekują niczym pies na łańcuch.
Jestem na siebie zły. Powinienem skończyć tę szopkę i wyzionąć ducha, bo ludzie mają swoje sprawy. Nie jestem pępkiem świata. Ale… trochę szkoda. Na śmierć człowiek chyba nigdy nie jest gotowy.
Spoglądam na zebranych po raz kolejny. Patrzę na nich zupełnie inaczej, niż zazwyczaj. Umieranie to taki specyficzny czas, gdy możesz mieć już w dupie, co podadzą na dzisiejszy obiad. To, że ci ktoś z rodziny nie pasuje, też nie ma już takiego znaczenia jak do tej pory. Są jacy są, a ty miałeś zaszczyt towarzyszyć im we fragmencie ich drogi, z wzajemnością.
Fajnie było. Na pewno nie czuję się pokrzywdzony, że żyłem za krótko, za nijako, że… Kilku rzeczy żałuję. Gdyby najpierw człowiek umierał, a dopiero później żył, pewnie jakoś inaczej poustawiałby swoje priorytety. Z tej perspektywy lekkie wgniecenie lewego błotnika mojej Toyoty, czy drobny zaciek w pokoju na poddaszu nie mają takiego znaczenia, jakie im wcześniej nadawałem. Mój Kargul też jawi się jakiś bardziej znośny. Nawet przyszedł bez strzelby. Tylko ten moher wkurwia jak zwykle…
Heniek, mój szwagier od siostry tego rozmodlonego durnia w spódnicy… stoi tam obok niej. Ten kutas dla odmiany się uśmiecha. Nie ma tej trupiej powagi na swojej facjacie. Zawsze był inny. Dusza towarzystwa. Może zaraz coś chlapnie i rozpierdoli tą nadętą pogrzebową atmosferę.
Ale… Coś było przecież nie tak!
Poderwałem się jak nastolatek.
- Co ty tu kurwa robisz? – wypaliłem.
Nie miało go tu prawa być. Zdechł ubiegłej wiosny. Myślałem, że schowam się do tego wykopu razem z jego trumną jak Aniela w grobowej ciszy zawyła niczym solistka w operze te swoje „Dobry Jezu…”.
Kątem oka zaobserwowałem, że reszta rodziny nie zareagowała. Tylko Ewa zaczęła się mi przyglądać z nieco większą uwagą. Znaczy… temu starcowi, który pozostał tam po tym, jak ja się zerwałem na widok świętej pamięci Heńka, zgrywusa.
- Choć Edek – Heniek kiwnął na mnie palcem – To, co leży powinno im wystarczyć do zabawy.
Nie mogłem wydusić słowa, ale po chwili znalazłem się wraz z nim w jakimś innym pomieszczeniu. W zasadzie nie było to pomieszczenie, bo mój wzrok nie sięgał poza grono osób, jakie na mnie… czekały. Nie miałem pojęcia, gdzie jestem.
Pierwszą rozpoznaną postacią była moja mama. Nieco nawet młodsza od tej, którą ostatni raz widziałem jakieś półwieku temu…
- O kurwa… – wypaliłem bezwiednie.
Z boku stał mój ojciec. Ten, którego po raz ostatni widziałem sześćdziesiąt lat temu. Stał z moim bratem, którego raczysko zabrało niecałe dwadzieścia lat temu.
Podeszliśmy bliżej.
- O kurwa! – wypaliłem ponownie.
Nieco z boku stała Kaśka. Moja pierwsza żona. Jedyna prawdziwa miłość mojego życia. Zawsze bałem się tego spotkania, nie wierząc jednocześnie, że tak to się odbywa. Ona też się do mnie uśmiechała. Bez jakichś pretensji, zarzutów, niesmaku, że dziesięć lat po jej śmierci znalazłem jej zastępstwo.
Chyba tutaj nie miało to takiego znaczenia. To tylko my… znaczy oni, żyjący, potrafią zadać durne pytanie, z którą żoną będziesz po śmierci spacerował za rękę w zaświatach?
Nikt mi tego tu nie tłumaczył, ale wiedziałem, że z żadną.
Powoli zaczynałem sobie przypominać zasady, jakie tu panują. To jest moje grono wspierające. Przechodzimy wspólnie przez różne inkarnacje, ucząc się za pośrednictwem przydzielonego ciała życia w roli śmiertelnika.
- W mordę… – jęknąłem.
Powoli moja percepcja się rozszerzała, zrzucając ograniczenia świadomości ludzkiej Edka, który właśnie zakończył swoją ziemską podróż.
To jest grono moich odwiecznych przyjaciół. Poznajemy świat razem. Czasem to ja występuję w roli dziadka tej mojej obecnej babki Helki, czy jestem rodzicem mojego obecnego brata, czy nawet matki.
Wymieniamy się rolami, jak na szkolnym przedstawieniu. Kaśka nie ma pretensji o żadną Anielę, bo to taka gra, gdzie każde z nas zna i akceptuje reguły. Ostatnio to ona była mężczyzną, moim bratem, w naszej wspólnej, poprzedniej podróży… kiedyś, gdy zamiast Toyoty mieliśmy jeszcze wóz drabiniasty ciągnięty przez tego postrzelonego konia, który kopnął syna właściciela majątku… Stare dzieje. Nie mam czasu ani ochoty, żeby to w pamięci ponownie odtwarzać.
Każde takie nowe przypomnienie dodatkowo rozszerza moją percepcję. Bałem się, że jak po śmierci rzeczywiście stanę przed żoną, czy matką, jak pierdolili piewcy opowieści dziwnej treści z mchu i paproci, to nie będę przygotowany na takie spotkanie. O czym mamy rozmawiać? Czy mam się spytać o zdrowie, czy o pogodę, jak nie będę w stanie inaczej zagadać?
Wszystko to okazało się niepotrzebne, bo tutaj odzyskiwaliśmy świadomość, kim są ci nasi odwieczni towarzysze. Rozmowa na temat jakichś ziemskich perypetii właśnie przez ciebie zakończonego życia, to byłaby tylko jakaś mało istotna ciekawostka w stylu: „śniłeś mi się wczorajszej nocy”.
To było tylko kolejne ludzkie doświadczenie na naszej wspólnej drodze, gdzie całe ziemskie życie jest tylko kolejną z wielu przygód, w czasie których się czegoś uczymy.
Mama uśmiechnęła się do mnie figlarnie. Nie jak mama, a raczej jak psotnica, która szuka kompana do wycięcia komuś wspólnego numeru. Ta istota ma temperament. Pamiętam, że zawsze gdy planowaliśmy wspólną inkarnację czułem, że nie będzie łatwo. Tym razem była moją matką. Tą, która uczyła mnie podejścia do życia.
Bo w tym wcieleniu miałem nauczyć się dystansu do siebie. W poprzednim byłem nadętym narcyzem. Chyba się czegoś rzeczywiście nauczyłem, gdy nawet na łożu śmierci wkurwiałem się, że zawracam swoim umieraniem głowę ludziom, którzy mieli na pewno lepsze zajęcie, niż stanie na baczność przed siedzącym w pościeli zgrzybiałym starcem, nieumiejącym kulturalnie i z taktem pierdolnąć w kalendarz.
Wiedziałem, że czeka mnie kilka „dni” wypoczynku, a potem zabawa zacznie się ponownie. Jak w szkolę po długiej przerwie, gdy wchodzimy do kolejnej klasy i musimy przerobić kolejny edukacyjny program.
Ale… teraz było jakby… trochę inaczej. Oni wszyscy przybyli tu po to, żeby mnie nie powitać po tej drugiej stronie, a… pożegnać?
Nie wiem, skąd to wiedziałem. Po prostu tak czułem, choć moja percepcja nie nadążała jeszcze w pełni za tymi odczuciami.
I widzę, jak kolejno wszyscy ci moi towarzysze ziemskich perypetii podchodzą do mnie i stają przede mną, a ja z prędkością superszybkiego komputera uświadamiam sobie w ułamku chwili całą historię naszych wspólnych przeżyć na przestrzeni wieków. To tak, jakbyś w oczy patrzył swojej największej miłości, z którą przeżyłeś dziesiątki lat ziemskiego życia. Patrzysz na nią i… jesteś świadomy wszystkich waszych dotychczasowych przeżyć. W tym przypadku wykraczają one daleko poza właśnie zakończoną twoją ziemską egzystencję w roli Edka Kowala.
Wszyscy moi „ziemscy” przyjaciele…
Czujesz, że już ich przez dłuższy czas nie zobaczysz, bo oni muszą dokończyć edukację, którą ty już odhaczyłeś swoim ostatnim wcieleniem. Ciągle poszerzająca się percepcja uświadamia ci, że jesteś w tym zacnym gronie najbardziej doświadczonym ogniwem. Zaraz jakiś młokos z kilkoma, czy kilkunastoma zaledwie wcieleniami na koncie zajmie twoje miejsce i będzie szedł z tymi zacnymi postaciami dalej przez szkołę ludzkich wcieleń.
Pewnie jeszcze kiedyś się ponownie spotkacie jako już byty na zupełnie innym etapie rozwoju…
Wszystko rozpływa się niczym końcowa scena filmu, gdzie producent wykombinował, że przed pojawieniem się napisów końcowych, zarzuci śnieżnobiałą nieskazitelną planszę.
Otwieram oczy… i rozglądam się.
- Ja pierdolę – wyrywa mi się bezwiednie.
To jakieś… przekleństwo ziemskie, którego ostatni raz użyłem chyba z tysiąc lat temu, gdy kończyłem swoją ziemską pielgrzymkę. Wiem, gdzie jestem, chociaż pojęcia nie mam, skąd to wiem.
To potężna biała hala, gdzie byty o nieokreślonych jeszcze rysach, składają takich, jak ja przetrwałych, do kolejnego etapu wiecznej egzystencji.
Skądś wiem, że muszę mój nowy wzrok przystosować do lepszego postrzegania istot, jakie się tu znajdują. Dostaję nowe ciało, ale nie jest to już ciało ziemskie, krwiste, z kośćmi i napierdalającym już po czterech pierwszych dekadach kręgosłupem, bo na więcej nie był pewnie przewidziany.
Oglądam swoje nowe ręce, patrzę na nogi. Nie mam już płci, jak na Ziemi. Tu wszyscy jesteśmy podróżnikami o podobnym statucie. Skądś wiem, że i tu będę miał przyjaciół, ale nie będziemy wobec siebie pełnić tu ziemskich ról kobiety i mężczyzny. Tu jest to niepotrzebne, bo my budzimy się tu jako doświadczeni podróżnicy ziemscy, którzy nie powołują już do życia kolejnego potomstwa. Role wychowawców mamy już wcześniej odhaczoną.
Te hale… były na Ziemi jakieś przebłyski tych informacji. Pewnie nie wszyscy ci natchnieni prorocy byli aż tak pierdolnięci, jak mi się za ludzkiego życia wydawało.
Na ziemi nazywali to halami zmartwychwstania. Albo mówili tylko o zmartwychwstaniu, a o halach chyba nie, bo nikt do końca nie rozumiał tych ich wizji…
