o mnie
Urodziłem się już jakiś czas temu, w roku 1974. Zrobiłem to dość niechętnie i bez przekonania, ale ponoć takie były czasy.

Jestem na tyle leciwy, żeby pamiętać stan wojenny i płacz babci, która nie chce trzeciej wojny, ale z kolei na tyle smarkaty, że nikt mi specjalnie nie wypomina postawy 7-latka wobec totalitaryzmu poprzedniej epoki.
Gdy jako 19-latek w 1993 r. założyłem mundur wojskowy, to szturm na radzieckim „huraaa!” był jeszcze z powagą ćwiczony jako nasz przyszły wkład własny w wartości NATO, a ja darłem się wniebogłosy, święcie przekonany, że to szczyt kunsztu walki psychologicznej z naszym potencjalnym wrogiem, który przez całe moje dzieciństwo był naszym największym przyjacielem.
Jak na bezwład lat dziewięćdziesiątych z dzisiejszej perspektywy, wcale nie było tak ubogo. Szkoła oficerska miała i konie (na zdjęciu – ja po prawej, koń – po lewej), na których udawaliśmy, że jeździmy; samoloty, z których wypadaliśmy, święcie ufając, że stare, wypłowiałe „glebo-tłuki” walną nas o ziemię w miarę litościwie; nawet ośrodek w Zieleńcu – był obiektem wojskowym, gdzie mogliśmy jeździć na nartach… lub na tym, co z nich zostało po 20 latach użytkowania tego samego sprzętu przez naszych poprzedników.



Rutyna dnia powszedniego żołnierza zawodowego z jednostki liniowej nie była już później tak spektakularna, jak wcześniejsze szkolenie. „Skończyłem” jako dowódca kompanii remontowej w Żaganiu, gdzie ostatecznie zrozumiałem, że dla własnego zdrowia psychicznego trzeba się trzymać z dala od instytucji, gdzie o inteligencji człowieka ma świadczyć jego stopień, nie zawsze kompatybilny z jakimikolwiek osiągnięciami w tej branży.
W Armii wytrzymałem 17 lat, 2 miesiące i osiem dni, w pełni rozumiejąc dziwaczne stwierdzenie jednego z wybitnych polskich przywódców, który swego czasu ośmielił się zauważyć, że armia, gdy żyje kilka lat bez wojny, powinna być rozwiązana i utworzona od podstaw ponownie.

Rozstania z mundurem oficjalnie nie żałowałem, chociaż bywały później momenty, w których wyzywałem tego idiotę w lustrze, że się dziad uparł, żeby robić coś konkretnego, zamiast uczciwie przepuszczać pieniądze podatnika w nierównej walce o sens bezsensownych i nieprzemyślanych poczynań polityków, nie mających zielonego pojęcia co robić z tą… Armią bez poborowych.
Mimo cywilnego tytułu magistra zarządzania… pracodawcy nie za bardzo ufali byłym wojskowym. Jeden obejrzał pijanego Krolla w telewizji, drugi miał własne doświadczenia z „sensem” w wojsku, w czasie swojej zasadniczej służby.
Kim mógł być więc były żołnierz?
Ochroniarzem. Byłem!
Kilka lat pracowałem w odszkodowaniach. „Załatwiałem” ludziom pieniądze, o których nawet nie wiedzieli, że im się należą. Jestem jednym z tych osób, które przyczyniły się do gwałtownego wzrostu cen polis OC.
Chyba byłem dość skuteczny, skoro potrafiłem przez telefon przekonać gościa 500 km ode mnie, że go lepiej obsłużę, niż tych pięciu z jego rodzimego miasta.
Rzuciłem tę robotę, jak się zorientowałem, że to bzdura, bo wcale za mną nie stoją lepsi specjaliści, niż jacykolwiek inni z tej dziwacznej branży, a wszyscy lecimy na ilość, jakość solidarnie pozostawiając ślepemu losowi i wrodzonemu szczęściu naszych „ofiar”.
Głównym powodem poszukiwania innych alternatyw były też zarobki. Jednego miesiąca zarabiało się 20 tyś, drugiego… 300 zł.
Gdy urodziła mi się niepełnosprawna dzidzia – taki rozstrzał był nie do zaakceptowania. Rehabilitację kosztowały, państwo pomagało, jak chciało, a i czasu na podróże po całym kraju już nie było.
Z problemu wybawiła mnie bliskość granicy. U naszych niemieckich przyjaciół zarabia się może nie tak spektakularnie więcej, jak kiedyś, gdy za pół roku pracy ludzie domy w Polsce budowali, ale i tak są to pieniądze lepsze, a w domu jest się codziennie.



Ze stabilnością tej pracy jest trochę gorzej. W ciągu ostatnich siedmiu lat byłem już:
– wycinaczem skór na buty,
– pracownikiem na automatach spawalniczych,
– pracownikiem magazynu,
– monterem akumulatorów,
– pracownikiem na strzelnicy policyjnej,
– monterem w elektrowni węglowej,
– monterem mebli,
– operatorem wózka widłowego,
– operatorem ładowarki teleskopowej,
– pracownikiem produkcji wytwórni serów i jogurtów,
– pracownikiem produkcji w fabryce karoserii samochodowych…
– kartony, opakowania, kubeczki, buteleczki…






…pomijam kilkutygodniowe pierdoły.
Ale to pozwalało mi nie narzekać, w czasie, gdy wielu z nas ma problemy, by związać koniec z końcem.
Kiedy wziąłem się za pisanie?
Całe życie o tym marzyłem, ale nigdy na to czasu nie było. „Pracowałem” jeszcze w Armii, w której praca była od 7:30 do 15:30; a potem… służyło się Ojczyźnie, nieraz do północy albo i dalej. A i później szukanie klientów też nie było zajęciem „od – do” 🙂
Zacząłem w tym dniu, w którym zrozumiałem, że takie tłumaczenia należy potraktować jak wymówki i wziąść się po prostu do roboty!
Sukces Mroza mi pewnie nie grozi, może jednak to się komuś spodoba…


Prywatnie jako kiepski katolik, dla odróżnienia od tych rozmodlonych polityków, co tak mocno o rodzinę „walczą”, mam od lat jedną i tę samą żonę, która wytrzymuje ze mną nieprzerwanie, choć jest to poświęcenie dużo większe, niż dokonania Wszystkich Świętych.
Mam dwóch dorosłych synów, jeden z głową naukowca, drugi z głową mechanika samochodowego oraz wspaniałego zespolaczka, który nie wyfrunie z domu, jak inni i będzie z nami pewnie już na zawsze.
Więcej grzechów nie pamiętam. Wielkich dokonań naukowych i wybitnych sukcesów literackich nie posiadam. Oskara też nie chcieli mi wręczyć, tłumacząc to dość mętnie, że aktorem nigdy nie byłem.
Może trochę prawdy w tym jest. 🙂
