o mnie
Jest to dla mnie dziwne, że tu w ogóle zaglądasz, ale jeśli miałbym się przed Tobą wytłumaczyć dlaczego jestem jaki jestem, nie da się tego zrobić bez przydługiego wstępu. 🙂
Urodziłem się już jakiś czas temu, w roku 1974. Zrobiłem to dość niechętnie i bez przekonania, ale ponoć takie były czasy.

Jestem na tyle leciwy, żeby pamiętać stan wojenny i płacz babci, która nie chce trzeciej wojny, ale z kolei na tyle smarkaty, że nikt mi specjalnie nie wypomina postawy 7-latka wobec totalitaryzmu poprzedniej epoki.
Tego, że aktywnie walczyłem z reżimem – jak w tym czasie mój o 6 lat starszy kolega Mateusz Morawiecki – nie pamiętam. Jak już, to pewnie byłbym po tej drugiej stronie, bo duży wpływ na moje wychowanie miała babcia (r. 1911), która krzyczała na telewizor, gdy rzecznik rządu Jerzy Urban zadawane miał „niedorzeczne pytania” w czasie swoich cyklicznych, cotygodniowych telewizyjnych konferencji.
Mundur założyłem już jako dziewiętnastolatek, choć nie był to już mundur reżimowy, taka była tylko Armia. która radzieckie hurrraaa uważała za szczyt osiągnięć nowoczesnej wojny psychologicznej XXI wieku. Wytrzymałem w nim 17 lat, 2 miesiące i 10 dni. i był to maks w tamtych uwarunkowaniach strategicznych.
Szkoła oficerska obiecywała wiele, dawała trochę…



…a finalnie wyszło z tego to, co mogło z budżetem MON, który na przełomie tysiącleci przewidywał, że paliwa do szkolenia będzie starczać tylko dla dowódcy Jednostki Wojskowej, żeby nie zapomniał drogi między swoim obiektem a siedzibą Dywizji.
Udawanie czołgów trzyosobowymi grupkami, które pieszo ćwiczą na poligonie wyrównywanie szyku bojowego, było dla mnie przeżyciem o tyleż zabawnym, co traumatycznym. Ustępowało to tylko nauce prowadzenia ognia za pomocą korbek mechanicznych obracających wieżą wygaszonego czołgu, które przygotowywało młodego adepta sztuki żołnierskiej do egzaminu na prawdziwym poligonie, gdy ten po raz pierwszy w życiu z przerażeniem stwierdzał, że czołgi i warczą, i jeżdżą.
Kunsztem naszych zdolności edukacyjnych (mówię o kadrze) była wówczas umiejętność zapanowania nad zszokowanym nowym „czołgistą”, by w ogóle lufę armaty utrzymywał w stronę przedpola, bo jej nagły obrót o 180% mógł zwiększyć śmiertelność obsługi strzelnicy, która za ryzyko uczestnictwa w tych parodiach egzaminu (oraz za opuszczanie celów w rytm wystrzałów) otrzymywała beczkę paliwa i dozgonną wdzięczność „nauczycieli”, którzy z równie spektakularnymi wynikami mogliby uczyć nawet pilotów myśliwców podniebnych akrobacji za pomocą dżojstika z drewnianej łyżki wbitego w poligonowe błoto.
Byłem jednym z niewielu, którym to wówczas przeszkadzało i zaczęłem sobie robić jaja z wojskowego przerostu formy nad treścią. Można było spotkać mnie z plakietką „Osoba niepotrzebna”, albo zobaczyć na mojej drukarce w kancelarii informację, że „drukarka nieczynna, bo wzięła się i zjebała”

Chcąc robić w końcu coś konkretnego zostałem dowódcą kompanii remontowej, by szybko przekonać się, że moją główną odpowiedzialnością stało się udowadnianie, że w bieżącym roku nie zaniechałem swoich obowiązków i również złożyłem zapotrzebowanie, składane cyklicznie co roku od 10 lat na części, których nie dostajemy już od lat 15. Było to dużo ważniejsze, niż niesprawności sprzętu, na które nie było zadnego wpływu.
Prestiż (wielki pododdział, samodzielny w ramach brygady) szybko ustąpił prozie wojskowej rzeczywistości, a po likwidacji służby zasadniczej… nikt już tam nie łapał, o co w tej instytucji chodzi.
Przestało to być miejsce (o ile w ogóle kiedyś było) dla takiego naiwniaka, jak ja, który ciągle heroicznie oczekiwał sensu w tym, co się na codzień robi. Trawy w wojsku wprawdzie nigdy nie malowałem, ale zdarzało mi się śnieg topić gorącą wodą, więc wydawać by się mogło, że po takim przeszkoleniu jakoś pójdzie…
Nie dałem rady.
Jako wojskowy, niespełna czterdziestoletni emeryt, zacząłem poznawać życie cywilne, które w zielonych garnizonach jest zaledwie tłem funkcjonowania jednostek wojskowych.
Ekwiwalentem pensji oficerskiej były przy zachodniej granicy tylko zarobki w Euro. Trochę dziwiło mnie to, że można pracować osiem godzin, a potem mieć wszystko w d… i nikt w środku nocy nie dzwoni, że zestaw niskopodwoziowy utknął przed mostem w kieleckim, czy żołnierz kompanii remontowej się schlał na przepustce i w Białymstoku żandarmeria go capnęła.
I po raz pierwszy w życiu miałem czas i energię, żeby robić coś więcej, niż praca. Więc zacząłem reaktywować swoje młodzieńcze pasje. Zacząłem pisać…
No… ale pis-anie przerwał mi PiS, który niepostrzeżenie i bez ostrzeżenia doszedł do władzy. Partia, która prezentowała sobą wszystkie cechy prowincjonalnej megalomanii, pokazowego giganto-dziadowstwa i wielkich, patriotycznych haseł, używanych w formie lepu na muchy.
Oni świetnie pasowali do radzieckiej mentalności jakoś-tam-będziejstwa podszytego pychą i obłudą oraz prężeniem muskółów wobec słabszych i lizusowstwa wobec silnych. Stanowili niemal doskonały ekwiwalent niedorzecznej głupoty wojskowej, od której w popłochu uciekłem.
I jak nigdy polityka mnie specjalnie nie interesowała, od roku 2015 żyję głównie nią, w nadziei, że i moje skromne siły będą jedną z wielu składowych, przy pomocy których dojdzie do całkowitej izolacji tego zaścianka polskiej narodowej głupoty, by nie doprowadził kraju do tragedii porównywalnej z rozbiorami.



Poziom absurdów, min legislacyjnych i szkód prawnych, jakie te troglodyci polityczni powstawiali w polską rzeczywistość jest wprost proporcjonalna do poziomu ich nepotyzmu, kolesiostwa i pazerności, nieporównywalnej z rządami żadnego ugrupowania politycznego, które kradło przed nimi (silę się na obiektywizm).
Wtedy zdałem sobie sprawę, że oszustwa strzelnicowe, udawanie szkolenia bez środków i inne patologię rzeczywistości wojskowej, od której postanowiłem się ewakuować, oni wprowadzają tak, jak niegdyś Jaruzelski Stan Wojenny – „na terenie całego kraju”.
Jednocześnie zastrzegam, że wszystko złe o wojsku, o czym opowiadałem, zakończyło się dla mnie w 2010 r. gdy po katastrofie smoleńskiej, która stanowiła kwintesencję niekompetencji i PiSowskiej nieodpowiedzialności. Nie znam wojska współczesnego i wierzę, że PiSowska głupota nie obezwładniła go swym putinowskim agentem do tego stopnia, że wypadałoby to w ogóle rozwiązać i uformować od zera.
Zawsze będę tą PiSowską głupotę zwalczał, a jeśli wydałem się komuś na tyle ciekawy, żeby aż do końca dobrnąć przez te moje bazgroły, niech uwierzy, że działam z własnego przekonania i żadna „propaganda tefałenu”, Gazety Wyborczej (której nie czytam) mnie nie napędza.
Nie zróbmy z naszym krajem tak, żeby rządzili nim tacy specjaliści, przez których Bareja popadłby w kompleksy, gdyby żył! Bo głupota PiSowska zatacza kręgi i pod innym szyldem deprawuje młodych po dziś dzień!
