Klucz do Kaczyńskiego – Robert Krasowski – 2024
Ciekawa pozycja pokazująca Kaczyńskiego jako bardzo nietypową i dziwną postać, która kieruje się potrzebą posiadania… partii politycznej. I tylko partii. Niczego więcej.

Władza, zmiana warunków życia obywateli, kreowanie polityki międzynarodowej, piastowanie wysokich funkcji – to nie dla niego.
Największa życiowa awantura między bliźniakami miała miejsce wówczas, gdy Lech zażądał od Jarosława, by ten został Premierem.
Tak się stało, ale Jarosław „odżył” po tej traumie dopiero po przegranych wyborach w 2007 r. Jak przyznają ludzie z jego najbliższego otoczenia, to było w jego przypadku jak wiatr w żagle. Znowu był tylko prezesem partii i mógł się skupić tylko na niej, czyli na wszystkim, na czym mu w życiu zależy.
Hipoteza dość ciekawa. Gdyby przyjąć ją w całości, wyjaśni to wiele niezrozumiałych posunięć tego „stratega tysiąclecia”. Między innymi drastyczny rozdźwięk między rzeczywistymi możliwościami a faktycznie pełnionymi przez niego funkcjami.
Opozycja grzmiała, że „zwykły poseł” jest na tyle przebiegły, żeby poustawiać na kluczowych stanowiskach swoich „pożytecznych idiotów”, którzy w razie zmiany wiatrów będą odpowiadać karnie za jawne łamanie prawa w czasie sprawowania przez siebie rządów, a on w tym czasie będzie w miarę bezpieczny jako osoba niedecyzyjna w tym czasie.
Nikt nie kombinował, że wynika to raczej z jego konstrukcji psychicznej, niż z taktyki politycznej.
Autor przekonuje, że w duecie Kaczyńskich to Lech był osobą do sprawowania najwyższych funkcji państwowych. Jarosław miał w tym tandemie obsługiwać go i dbać o całe zaplecze.
Śmierć Lecha zdestabilizowała te życiowe plany bliźniaków i spowodowała taki dziwaczny układ w polskiej polityce, gdzie lider bez ambicji politycznych „musi” sprawować władze, nie czując nawet potrzeby jej uzyskania.
Z konieczności zachowuje się jak pies ogrodnika. Sam nie pcha się na szczyt i uniemożliwia to innym, których charyzma może odebrać mu władzę w partii, w przypadku jakichś potencjalnych sukcesów politycznych.
Gdy partii „grozi” przejęcie władzy, na czołowe stanowiska wybiera miernoty bez własnego zdania i gdzieś z tylnych rzędów, by mieć pewność, że nie wyrośnie z tego żaden samorodny lider polityczny, zagrażający w przyszłości jego pozycji w partii.
Autor przekonuje, że Kaczyński nie dąży do dyktatury, a jego drastyczne posunięcia miały tylko przerazić liberalną inteligencję, która od lat go zwalcza. Jego działania biją w elitę inteligencji. Ciągła wojna i coraz to inni wrogowie na celowniku to po prostu strategia sprawowania władzy. Innej Kaczyński nie zna, więc robi po prostu, co umie.
Od lat dziewięćdziesiątych nikt mu nie ufa ze względu na dość odrażający sposób wyciągania przez niego wszelkich brudów, potknięć, czy natychmiastowego publicznego obnażania wpadek (ktoś się upił, poszedł gdzieś, z czegoś się ucieszył itp.).
Ciekawym spojrzeniem jest też opis otoczenia politycznego. Na przykład, jak Tusk „uciekał” do Brukseli, zostawiając partię też w rękach miernot, by mieć jak wrócić w chwale. Metody niemal te same.
Końcowa konkluzja nie jest optymistyczna. Wojna polsko-polska to głównie wojna dwóch czołowych postaci polskiej polityki, z których żadna nie walczy o Polskę, tylko zwalcza przeciwnika tak jak potrafi.
Najgorsze jest to, że nie istnieje na wprost tego żadna licząca się alternatywa.
Polskie elity dzielą się na dwie frakcje, z których jedna zgadza się na wszystko, co europejskie, widząc dobro ogólne Europy jako nadrzędne nad polskim interesem oraz drugą, która polski interes utożsamia z pokonaniem wroga, jakim jest Europa.
I nie ma w polskiej polityce nic racjonalnego, co mogłoby szukać złotego środka gdzieś, gdzie byłoby to naprawdę z największą korzyścią dla naszego kraju.
Tusk kiedyś próbował coś ciągnąć w naszą stronę, ale tak, by co innego robić, a co innego mówić, gdyż obawiał się zakrakania przez zapatrzone w Europę elity, Kaczyński za to zrobił, co umiał – zidentyfikował wroga i przepuścił na niego atak.
W szerszej perspektywie pierwsza postawa szuka niepotrzebnych kompromisów w sytuacjach, gdy można chcieć więcej, druga idzie na zwarcie, które nie daje kompletnie nic lub wręcz ujemny bilans zysków, czyli coś, co w końcu postawi pytanie nad sensem dla nas tego europejskiego projektu.
A alternatywy niestety nie widać, bo wszystkie inne opcje polityczne są tylko mniej lub bardziej radykalnym rozwinięciem istniejących już układów.
