Johnny. Powieść o księdzu Janie Kaczkowskim – Maciej Kraszewski
Johnny – to powieść niezwykła. Maciej Kraszewski był gościem, z którym żaden normalny człowiek nie chciałby mieć za wiele wspólnego. Ksiądz Jan Kaczkowski odmienił go siłą swojej osobowości.
Ćpun I złodziej, taka typowa menda społeczna bez zasad i sensu istnienia… napisała tę książkę. Śmieć z pijackiej meliny, naćpany i napierdolony jak Messerschmitt – wykolejeniec, którego bezradny i niedoinwestowany system penitencjarny wysłał do hospicjum, by nie obciążał podatnika jego bezwartościowym istnieniem pod celą. Bo łajzę trzeba ogrzać, oświetlić, wykąpać i nakarmić. A na takiego debila aż szkoda pieniędzy podatnika.

I tam to Zero spotyka księdza Jana Kaczkowskiego i po kilku „odpracowanych” godzinach prac społecznych powoli zaczyna rozumieć, że wlazło na ring życiowy, na którym ten umierający ksiądz o lasce jest niekwestionowanym mistrzem kończącym każdą „walkę” z takimi, jak on, przez nokaut. Porażka nie oznacza tu jednak jego przegranej, tylko rozjechanie wszystkich dotychczasowych „wartości” życiowych, wyznawanych przez każdego cwaniaczka na prochach. Bo w hospicjum, wśród ludzi, których od śmierci dzielą dni, a czasem i godziny, nie zabłyśniesz więziennym grypsem, nie zaimponujesz im sprośnym tatuażem czy tekstem, który „pójdzie w pięty”. Niczym im nie zaimponujesz, bo im wystarczy… twoja milcząca obecność, czasem dotyk dłoni… i oni nie pytają, kim jesteś. To inny świat. Świat prawdziwy. Tam nie ma grypsujących, królów życia w złotych łańcuchach na szyi, czy mięśniaków imponujących siłą fizyczną i bezwzględnością. To wszystko blednie, gdy człowiek odchodzi. Czasem jest to leciwa babcia, która przed śmiercią chce jeszcze kogoś nauczyć dobrych manier, a czasem to młoda dziewczyna, której ładowarka nawala, gdy ta chce dwuletniemu synkowi nagrać wiadomość „z przeszłości”, którą ten dostanie szesnaście lat po jej śmierci.
To są ciosy miażdżące, po których każde Zero życiowe z duszą nie może ustać na życiowym „ringu” bez przeorania wszelkich swoich zdezelowanych „wartości” życiowych.
Jest i film – ekranizacja tej książki, który od połowy jest nużącym dramatem nieoddającym w żaden sposób klimatu tej powieści.
Szkopuł tkwi w szczegółach, w niespodziewanych dla tego byłego degenerata zdolnościach literackich, umiejętnościach żonglowania słowem, porównaniach czy życiowych spostrzeżeniach, ubieranych w słowa zdumiewająco zgrabnie jak na kogoś, dla kogo jeszcze kilka lat temu słowo „anomalia” było niezrozumiałym bełkotem wyższych sfer.
Opowieść oddaje w pełni kunszt zmarłego księdza. Jego przeobrażanie spotykanych ludzi niejako w biegu, w czasie pełnienia swojej misji. Jego odmienność na tle innych funkcjonariuszy hierarchii kościelnych, skostniałych, szablonowych i po prostu nudnych w swej nieszczerej, pozorowanej wierze.
To jedna z tych książek, obok których nie da się przejść obojętnie, zwłaszcza jak ktoś zwykł wrzucać wszystkich klechów do jednego, zbutwiałego wora.
