Ile politycy zarabiają na YouTube? Gdy konflikt staje się biznesem
Politycy od dawna korzystają z mediów. Telewizja, radio czy gazety były jednak przede wszystkim narzędziami docierania do wyborców. Media społecznościowe wprowadziły do tej relacji coś nowego: polityk może już nie tylko zdobywać dzięki nim popularność. Może tę popularność bezpośrednio zamieniać na pieniądze.

I właśnie tutaj zaczyna się problem, który zasługuje na spokojniejszą dyskusję niż kolejne partyjne oskarżenia.
Nie ma niczego niezwykłego ani z definicji nagannego w tym, że poseł prowadzi kanał na YouTube. Nie ma też podstaw, aby zakładać, że każdy polityk publikujący ostre materiały robi to wyłącznie dla pieniędzy.
Warto jednak zadać inne pytanie:
co dzieje się z polityką, kiedy konflikt staje się produktem, a liczba wyświetleń ma konkretną wartość finansową?
Ile politycy mogą zarabiać na YouTube?
Skala zjawiska przestała być symboliczna.
Sławomir Mentzen publicznie mówił, że dwa głośne materiały z udziałem Rafała Trzaskowskiego i Karola Nawrockiego zarobiły około 350 tys. zł.
Dariusz Matecki mówił z kolei o potencjale liczonym nawet w dziesiątkach tysięcy złotych miesięcznie przy odpowiedniej liczbie wyświetleń i odpowiednim rodzaju publikowanych materiałów.
Nie oznacza to oczywiście, że każdy film polityczny przynosi podobne pieniądze. Pokazuje jednak coś ważniejszego:
zasięg polityczny można dziś bezpośrednio zamienić na przychód.
Poseł może więc jednocześnie prowadzić działalność polityczną i budować własne medium, którego oglądalność ma wymierną wartość ekonomiczną.
Samo w sobie nadal nie musi być w tym niczego niewłaściwego.
Problem zaczyna się w chwili, gdy zapytamy:
co w internecie ogląda się najlepiej?
Dlaczego polityczny konflikt daje zasięgi
Internetowa ekonomia uwagi ma dość prostą logikę.
Materiał musi zostać zauważony. Użytkownik powinien go otworzyć, obejrzeć, skomentować albo przesłać dalej. Im większe zaangażowanie odbiorców, tym większy zasięg może uzyskać publikacja. A większy zasięg oznacza więcej wyświetleń, większe wpływy reklamowe i większą wartość całego kanału.
Spokojne zdanie:
„Sprawa jest skomplikowana i obie strony mają częściowo rację”
zwykle będzie mniej atrakcyjne niż:
„Zobaczcie, co oni znowu zrobili!”
Jeszcze lepiej działa wróg.
Skandal.
Zdrada.
Ośmieszenie przeciwnika.
Katastrofa, która właśnie nadchodzi.
Nie trzeba nawet zakładać złej woli twórcy. System sam bardzo szybko pokazuje mu, które materiały przynoszą najlepsze rezultaty.
Jeżeli spokojna analiza osiąga 20 tysięcy wyświetleń, a agresywny materiał o przeciwniku politycznym 500 tysięcy, autor otrzymuje niezwykle czytelną informację zwrotną.
Wie, czego chce jego publiczność.
A kiedy za tymi liczbami zaczynają iść pieniądze, informacja zwrotna staje się również ekonomiczna.
Czy hejt się opłaca?
To nie jest wyłącznie problem polityki. Na podobnych zasadach funkcjonują media, komentatorzy, influencerzy i aktywiści.
Platformy internetowe konkurują o uwagę użytkownika, a silne emocje tę uwagę przyciągają.
Gniew.
Strach.
Oburzenie.
Poczucie zagrożenia.
Satysfakcja z ośmieszenia przeciwnika.
Wszystkie te emocje mogą zwiększać prawdopodobieństwo kliknięcia, komentarza albo udostępnienia.
Im więcej reakcji, tym większa szansa na dalszy zasięg.
A im większy zasięg, tym większy potencjał finansowy publikacji.
Powstaje więc prosty mechanizm:
emocje → zasięg → wyświetlenia → pieniądze.
Nie oznacza to, że każdy autor świadomie produkuje hejt dla pieniędzy.
Oznacza natomiast, że środowisko, w którym funkcjonuje, może finansowo premiować właśnie takie treści.
Prawda nie jest walutą internetu. Uwaga jest
I tutaj dochodzimy do najważniejszego problemu.
Nie chodzi o stwierdzenie, że politycy zarabiający na YouTube kłamią. Takiego uogólnienia nie da się uczciwie obronić.
Problem jest subtelniejszy.
Prawda nie jest podstawową jednostką rozliczeniową platformy internetowej. Jest nią uwaga.
Materiał prawdziwy, ale nudny może przegrać z materiałem przesadzonym, dramatycznym albo pokazującym tylko wygodny fragment rzeczywistości.
Twórca nie musi nawet powiedzieć czegoś nieprawdziwego.
Wystarczy odpowiednio dobrać fakty.
Pominąć część kontekstu.
Nadać dramatyczny tytuł.
Wybrać najbardziej korzystny fragment wypowiedzi przeciwnika.
Zbudować miniaturę sugerującą katastrofę.
Przedstawić politycznego konkurenta w możliwie niekorzystnym świetle.
Wszystko może pozostać formalnie prawdziwe.
A jednocześnie obraz rzeczywistości może zostać mocno zniekształcony.
To zjawisko nie dotyczy jednej partii ani jednej strony politycznego sporu. W dokładnie tym samym środowisku funkcjonują politycy, media, komentatorzy, influencerzy i aktywiści wszystkich orientacji.
W przypadku parlamentarzystów dochodzi jednak jeszcze jeden element.
Ich popularność jest związana z pełnieniem funkcji publicznej, za którą otrzymują już wynagrodzenie.
Poseł czy przedsiębiorca medialny?
Jeszcze kilkanaście lat temu ustawodawca nie musiał się zastanawiać, jak traktować posła prowadzącego kanał internetowy generujący setki tysięcy albo miliony wyświetleń.
Dzisiaj takie pytanie nie jest już teoretyczne.
Jak w oświadczeniu majątkowym opisać pieniądze otrzymywane przez parlamentarzystę z platform internetowych?
W przypadku działalności gospodarczej mogą być częścią przychodów przedsiębiorstwa. W innych sytuacjach pojawiają się różne kategorie podatkowe, które dla przeciętnego czytelnika oświadczenia majątkowego mogą wyglądać niezrozumiale.
Samo zastosowanie określonej kategorii podatkowej nie jest dowodem ukrywania dochodów.
To trzeba powiedzieć wyraźnie.
Problemem jest raczej brak przejrzystości systemu stworzonego w czasach, kiedy ustawodawca nie przewidywał istnienia posła będącego jednocześnie właścicielem dochodowego kanału internetowego.
Obywatel powinien móc łatwo sprawdzić nie tylko wysokość dodatkowych dochodów parlamentarzysty, lecz także ich rzeczywiste źródło.
Jeżeli poseł zarobił 100 tys. zł na reklamach emitowanych przy swoich materiałach politycznych, informacja „inne przychody” albo numer artykułu ustawy podatkowej mówi wyborcy niewiele.
Nie chodzi o zakazywanie politykom internetu.
Byłoby to rozwiązanie zarówno radykalne, jak i trudne do uzasadnienia.
Internet stał się jednym z podstawowych kanałów komunikacji politycznej. Trudno oczekiwać, aby parlamentarzyści z niego nie korzystali.
Można jednak wymagać większej transparentności.
Jeżeli działalność internetowa parlamentarzysty generuje dochód, wyborca powinien móc łatwo sprawdzić jego wysokość i źródło.
Gdy interes polityczny i finansowy prowadzą w tę samą stronę
Pozostaje jednak problem, którego nie rozwiąże żaden formularz oświadczenia majątkowego.
Stworzyliśmy rynek, na którym polityczny konflikt może być finansowo opłacalny.
Im większe emocje wywołuje polityk, tym więcej osób może go oglądać.
Im większa publiczność, tym więcej wart jest jego kanał.
Jeżeli najbardziej popularne okazują się materiały przedstawiające przeciwników jako idiotów, zdrajców, złodziei czy zagrożenie dla kraju, pojawia się ekonomiczna zachęta do produkowania kolejnych treści wykorzystujących dokładnie ten sam mechanizm.
Nie dowodzi to, że każdy polityk robi to cynicznie.
Nie musimy nawet wiedzieć, jakie są jego intencje.
Wystarczy zauważyć, że interes polityczny, interes medialny i interes finansowy mogą zacząć prowadzić dokładnie w tę samą stronę.
Ku większym emocjom.
Ku ostrzejszemu językowi.
Ku coraz mocniejszej polaryzacji.
I właśnie dlatego pytanie o pieniądze z YouTube jest znacznie ciekawsze, niż może się początkowo wydawać.
Nie brzmi ono:
„Który polityk zarabia na hejcie?”
Znacznie ważniejsze jest inne:
„Co stanie się z debatą publiczną, jeśli najbardziej opłacalnym sposobem uprawiania polityki okaże się wzbudzanie gniewu?”
