Gwarancje bezpieczeństwa – Art 5. NATO, czy… polski atom?
Artykuł 5 Paktu Północnoatlantyckiego jest kluczowym zapisem gwarantującym bezpieczeństwo wszystkich państw zrzeszonych w Pakcie. Jego zapis mówi, że zbrojny atak na jednego członka NATO jest atakiem na cały sojusz.

I wszyscy mamy takie mniej więcej wyobrażenie o ewentualnym konflikcie. Gdy noga rosyjskiego żołnierza przekracza terytorium Polski, kilka godzin później nie trzeba brać parasola, nawet przy intensywnych opadach deszczu, bo nad nami przelatywał będzie dywan samolotów amerykańskich w towarzystwie wszystkiego, co potrafi latać, a do Paktu należy. Autostrady są pozamykane przez kilka co najmniej dni, bo sprzęt NATO musi którędyś do tej Rosji dojechać, żeby ją zrównać z ziemią.
Ale czy to czasem nie naiwność dziecka, które każde wyobrażenie – póki nie zweryfikowane jeszcze prozą życia codziennego – traktuje bardzo szablonowo.
Już w samym Art. 5. widnieje zapis, że o formie tejże pomocy w przypadku kłopotów któregoś członka Paktu decyduje każdy kraj oddzielnie, zgodnie z własną polityką wewnętrzną.
Wynika z tego, że zachowanie Wielkiej Brytanii i Francji, które wsparły Polskę po napadzie Hitlera 1 września 1939 r. wypowiedzeniem agresorowi wojny już dwa dni po owym napadzie, swobodnie zmieściłoby się w kategoriach realizacji Art. 5. Paktu Północnoatlantyckiego, gdyby takowy wówczas istniał.
Czy naprawdę możemy liczyć na jakąkolwiek pomoc, która nie byłaby wyłącznie symboliczna?
Naprawdę mocne gwarancje bezpieczeństwa dostał na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku jeden z krajów członkowskich rozpadającego się imperium radzieckiego. Zarówno sama Rosja, jak i gwarant naczelny Stany Zjednoczone – zaoferowali mu nietykalność terytorialną. Ceną, jaką ów kraj zapłacił za tą „ochronę” był arsenał nuklearny, którego się musiał pozbyć, by na ochronę zasłużyć.
Co na swoją zgubę uczynił.
Dziś przywódca Ukrainy codziennie odprawia pogrzeby swych obywateli, bo jeden gwarant go masakruje, a drugi drze ryja, że na jego skali wdzięczności wskazówka za słabo wychyla się w prawo, a jak chce z jego strony jeszcze jakiejś pomocy, to niech płaci minerałami ziem rzadkich, bo ten wie, że Ukrainiec groszem już nie śmierdzi, względnie za pomoc niech zapłacą Europejczycy, jak się boją, że będą kolejnymi ofiarami.
Czy naprawdę mamy prawo liczyć na to, że takie umowy mają jakąkolwiek wartość?
Gdyby Ukraina miała w głębokim poważaniu takie gwarancje i zachowałaby atom – czy dziś nie byłby to dużo lepszy gwarant jej integralności terytorialnej, niż poklepanie po plecach i tekst, że będzie pan zadowolony?
Jeden z wybitniejszych polskich strategów Jacek Bartosiak przekonuje, że to, co wielu odczytuje jako naszą największą tragedię narodową, czyli wystawienie przez Trumpa środkowego palca w stronę Europy, powinniśmy potraktować jako wielką historyczną szansę, by rozpocząć pracę nad polskim projektem broni atomowej.
Do tej pory było to nie tylko… nietaktowne, ale i prawdopodobnie niemożliwe, bo nasz czołowy gwarant mógłby się skutecznie sprzeciwić takiemu programowi. Dyplomacją i naciskami mógłby wymusić na nas zaprzestanie prac, zanim one tak naprawdę się rozpoczną.
Ale teraz?
Europa jest w szoku i nic się w niej nie wyklarowało takiego, na co mielibyśmy uważać przy oczekiwaniu sprzeciwu, Stany mówią wprost – radźcie sobie sami.
Czy nie jest to dla takiego projektu wymarzony czas?
A czy w ogóle warto?
Moglibyśmy spytać Ukraińców.
