Czy polski thriller szpiegowski działa po angielsku?
„Departament Theta” doczekał się angielskiego wydania. „Department Theta” trafia właśnie do czytelników poza Polską — i dopiero podczas pracy nad przekładem przekonałem się, że tłumaczenie powieści oznacza znacznie więcej niż zamianę polskich zdań na angielskie.

Kiedy pisałem „Departament Theta”, nie zastanawiałem się, czy poszczególne dialogi, sytuacje albo sposób myślenia bohaterów będą kiedyś zrozumiałe dla czytelnika w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii. Powieść powstawała po polsku, dla polskiego czytelnika i w rzeczywistości, której wielu rzeczy nie trzeba dodatkowo objaśniać.
Decyzja o przygotowaniu angielskiego wydania postawiła więc przede mną ciekawe pytanie:
czy polski thriller szpiegowski można po prostu przetłumaczyć?
Tłumaczenie słów to dopiero początek.
Najłatwiejsze okazują się te fragmenty, które na pierwszy rzut oka wydają się najtrudniejsze.
Opisy, akcja, miejsca czy wydarzenia mają swoje odpowiedniki w innym języku.
Znacznie większym problemem bywają dialogi.
Człowiek nie mówi przecież wyłącznie po to, żeby przekazać informację. Żartuje, ironizuje, urywa zdania, używa skrótów myślowych. Czasami jedno słowo mówi o bohaterze więcej niż cały akapit opisu.
Dosłowne tłumaczenie może być językowo poprawne, a jednocześnie całkowicie zabić charakter rozmowy.
Dlatego przy pracy nad „Department Theta” ważniejsze od pytania „czy to zdanie zostało dokładnie przetłumaczone?” było inne:
„Czy anglojęzyczny bohater naprawdę powiedziałby to w ten sposób?”
A co z polskimi realiami?
To drugi problem.
Polski czytelnik posiada cały zestaw informacji, których autor nie musi mu przekazywać. Rozpoznaje instytucje, hierarchię służb, pewne zachowania urzędników, sposób funkcjonowania państwa. Część skojarzeń pojawia się automatycznie.
Czytelnik z drugiego końca świata tego bagażu nie ma.
Można oczywiście wszystko wyjaśnić. Tyle że thriller nie jest instrukcją obsługi Polski. Jeśli bohaterowie co kilka stron zatrzymywaliby akcję, żeby objaśnić zagranicznemu czytelnikowi lokalne realia, książka szybko przestałaby być thrillerem.
Trzeba więc znaleźć granicę między wyjaśnianiem a pozostawieniem czytelnikowi prawa do odkrywania obcego świata.
I właśnie ta granica okazała się jedną z ciekawszych części pracy nad angielskim wydaniem.
Czy historia pozostaje wtedy tą samą historią?
Tak — i to było dla mnie najważniejsze.
„Department Theta” nie jest nową wersją powieści napisaną dla zagranicznego odbiorcy. Bohaterowie nie przeprowadzili się nagle do Waszyngtonu czy Londynu tylko dlatego, że książka ukazuje się po angielsku.
To nadal ta sama historia.
Ten sam świat służb, tajemnic, operacji i ludzi, którzy nie zawsze wiedzą, komu mogą ufać.
Zmienił się język. Nie chciałem natomiast zmieniać tożsamości książki tylko po to, żeby uczynić ją bardziej „międzynarodową”.
Bo właśnie fakt, że historia powstała tutaj, może być dla zagranicznego czytelnika czymś interesującym, a nie przeszkodą wymagającą usunięcia.
Technologia pomaga. Decyzje nadal należą do autora.
Angielskie wydanie powstawało z wykorzystaniem narzędzi AI. Przy książce liczącej setki stron takie narzędzia potrafią bardzo przyspieszyć pracę, ale szybko przekonałem się również o ich ograniczeniach.
Poprawne zdanie nie zawsze jest dobrym zdaniem.
Tłumaczenie może zachować znaczenie, a zgubić ironię. Może być gramatycznie bez zarzutu, a zmienić charakter bohatera. Może nawet brzmieć lepiej od oryginału — i właśnie dlatego wymagać poprawienia.
Ostatecznie więc technologia wykonuje część pracy, ale ktoś nadal musi odpowiedzieć na najważniejsze pytanie:
czy to wciąż jest moja książka?
„Department Theta” wychodzi poza Polskę.
Po wielu miesiącach od polskiej publikacji „Departament Theta” dostał więc drugie życie.
Tym razem jako „Department Theta”.
Angielskie wydanie jest dostępne na Amazon.com w trzech formatach:
Kindle eBook — $4.99
Paperback — $14.99
Hardcover — $24.99
To dla mnie również pewien eksperyment. Chcę zobaczyć, czy historia napisana pierwotnie dla polskiego odbiorcy potrafi znaleźć czytelników poza Polską.
Bo być może największą zaletą książek jest właśnie to, że nie potrzebują paszportów.
Potrzebują tylko dobrego tłumaczenia.
A gdybyście mieli wskazać jedną polską książkę, którą szczególnie warto pokazać czytelnikom za granicą — co byście wybrali?
