Demon Copperhead – Barbara Kingsolver – 2023
O kurwa jego mać! Ciężko zacząć, bo nie wiadomo właściwie od czego…
Ameryka lat dziewięćdziesiątych. Właściwie to historia jednego z kilku milionów dzieciaków rodzących się – mówiąc po sportowemu – na przegranej pozycji.

Matka ćpunka, uzależniona od jakiegoś sadysty, który pokazuje swą męskość tak, jak tylko zakompleksiony skurwiel spod budki z piwem pokazać potrafi.
I najwspanialszy prezent na 12 urodziny…
Potem dołująca fotografia systemu socjalnego, opieki społecznej… Te tryby działają mniej więcej z taką skutecznością i rozmachem, jak sprawdzałby się wibrator do smarowania kanapki z masłem orzechowym.
Ten obraz jest porażający, tym bardziej że cały czas z tyłu głowy mamy, że nie do końca jest to fikcja literacka.
Rodziny zastępcze łatające swój budżet jedynym pomysłem biznesowym, jaki potrafią „nie spieprzyć” dokumentnie. Ich „sukces” i tu byłby pewnie niepełny, gdyby pracownicy socjalni powierzający im dzieci interesowali się tym, że ich podopieczni muszą pracować na czarno (bo kto legalnie zatrudni 12-latka), by ci mogli dołożyć się do utrzymania tym hotelarzom, którzy za ich całomiesięczne głodzenie otrzymują od państwa przecież niemałe środki.
I heroiczna walka nastolatka, by nie być tylko śmieciem, nikomu nieprzydatnym odpadkiem.
Wszystko tu aż krzyczy o jakąś reakcję. Niestety nie ma nikogo, kto mógłby reagować.
Narkotyki są wszędzie. A tam, gdzie jeszcze ich nie ma, pojawiają się tabletki przeciwbólowe, które są jak gra wstępna, zwyczajowo kończąca się zawsze czymś mocniejszym.
Przegrywają nawet ci, których moglibyśmy wytypować jako budzące nadzieję wyjątki od tej smutnej reguły.
Człowiek czyta tę książkę i zaczyna kibicować chłopcu, który o tym wszystkim opowiada. Największy sukces, jakim można się poszczycić w tym środowisku, to skromne „normalne” życie bez dragów i alkoholu, z jakąkolwiek pracą za najmniejsze nawet pieniądze.
To sukces bardziej spektakularny, niż udany powrót na Ziemię bohaterów, którzy ocalili świat w filmie „Armagedon”.
Cóż warte jest życie, gdy dookoła wszyscy przegrywają, a naszym jedynym życiowym marzeniem jest mieć zawsze przy sobie coś, co można zażyć, żeby nie dopadły nas dreszcze, poty i mdłości. Żeby pomiędzy pozostać „normalnym”, czyli nie tym na głodzie.
Nie ma w tej książce ani dżinów spełniających marzenia, ani dobrych wróżek. Gdy pojawia się ktoś, w kim my sami jesteśmy skłonni pokładać nadzieję, jest to tylko kolejna osoba stanowiąca tło wydarzeń. Albo nie może, albo nie chce, albo ma inne priorytety w tym momencie.
Koszmar.
Ludzie pojawiają się i znikają. Mają swoje imiona i jakieś twarze, nawet czasem specyficzne charaktery wyróżniające ich na tle pozostałych, ale to wszystko jest czwarta liga, ławka rezerwowych, albo nawet jeszcze gorzej: zastępca sprzątaczki, która tę ławkę przeciera raz na ruski miesiąc.
Porażka do kwadratu.
Mimo to książka pełna jakiejś głęboko tlącej się nadziei. Smutna a zarazem chwilami nawet śmieszna. Czytelnik mimo woli przejmuje nieraz punkt widzenia nastolatka, który o tym wszystkim opowiada. On nie ma porównań. Nie zna innego życia, więc i jego system wartości bywa specyficzny.
To jedna z książek, które zostawia trwały ślad na psychice. A przynajmniej odszuflatkowuje pewne stereotypy i daje nową perspektywę na Wielką Amerykę, gdzie warto mieć DOBRE ubezpieczenie zdrowotne, by mieć szansę wyplątania się z problemów, w które ten kraj cię wciąga.
