Czy wybory można wygrać algorytmem?
Jeszcze nie tak dawno do wygrania wyborów parlamentarnych trzeba było przekonać społeczeństwo, że ma się najlepszy program polityczny i najlepszych polityków, którzy potrafią odczytać potrzeby społeczne i wyjść im naprzeciw.

Dziś to już przeszłość.
Nie ma już znaczenia program polityczny i ludzie. Dzisiaj wystarczy zdiagnozować, czym najefektywniej społeczeństwo przestraszyć i jak najbardziej cynicznie zagrać na jej zbiorowych fobiach, słabościach i negatywnych emocjach.
Wybory dzisiaj wygrywa ten, kto dokładnie rozumie, jak podejmuje decyzję społeczeństwo wychowane na smartfonie i gdzie szuka odpowiedzi na pytanie, w jakim kraju chciałoby żyć.
Teoretycznie w demokracji nic się nie zmienia. Nadal są urny wyborcze, nadal przychodzi wyborca, zakreśla „swojego” kandydata.
Zanim jednak do tej urny dotrze, całymi miesiącami bombardowany jest strumieniem komunikatów, sugestii i udawanego oburzenia, które ma go ukierunkować w stronę najbardziej radykalnych populistów, niemających żadnego konkretnego programu ani jakiegokolwiek pojęcia, jak powinno być. Wiedzą tylko, jak być nie powinno. I nawet jak tak nie jest, jak być nie powinno – wmawiają społeczeństwu, że nieprawidłowości nie ma tylko dzięki nim i ich zabiegom.
Do historii demagogii z pewnością przejdzie populistyczna manipulacja rządzących, którzy byli u steru władzy do 2023 r. Szczując bezustannie na migrantów, sprowadzili do Europy przez Polskę takie jej tabuny, że pobiliśmy wszelkie rekordy w Unii Europejskiej.
Po czym, po oddaniu władzy, rozniecili społeczną histerię, że kraj jest atakowany od Zachodu, bo Niemcy przerzucają do nas masowo migrantów. To, że oni wszyscy mieli polskie wizy, już do opinii społecznej z większym trudem docierało, bo wyjaśnieniom nie towarzyszyło „święte oburzenie”.
Jak to jest możliwe, że społeczeństwo tak bardzo podatne jest na tak prostackie manipulacje?
Niestety, doskonale sprawdza się tu mechanizm znany od tysięcy lat, który wcześniej z uwagi na trudności techniczne, rozwijał się jedynie lokalnie.
W dobie Internetu prosta społeczna zasada, że jak wiele osób coś powtarza, to „coś prawdy w tym jest”, sprawdza się w 100%.
Rosja jako pierwsza zaczęła ten mechanizm globalizować, jeszcze pod koniec lat 90. XXw. eksperymentując na pierwszych dostępnych forach internetowych na Litwie i w Gruzji.
System się sprawdził. Mechanizm podburzania społecznym „świętym” oburzeniem rozlewał się tam jak ośmiornica, zataczając coraz większe społeczne kręgi.
Wystarczyła dekada, by służby specjalne Rosji doszły do takiej perfekcji w manipulacjach internetowych, byśmy całkiem na serio zaczęli stawiać pytania na temat wpływu trollingu wschodniego na obsadzanie kluczowych stanowisk nie w krajach trzeciego świata, a nawet w samych Stanach Zjednoczonych.
Czy w kolebce światowej demokracji to naprawdę Amerykanie wybrali sobie nieobliczalnego Narcyza z zaburzeniami psychicznymi na prezydenta?
Na czym mechanizm świętego społecznego oburzenia polega?
Wystarczy delikatnie zasugerować, że „wszyscy tak myślą”, „wszyscy są oburzeni”, „wszyscy mają dość”, „wszyscy już wiedzą”.
Człowiek, który zauważa ten przekaz, trafiając na niego kilkanaście lub kilkadziesiąt „przypadkowych” razy, zaczyna traktować go jak atmosferę społeczną, a nie jak skoordynowaną operację.
I tu algorytm staje się narzędziem politycznym.
Jak zachowa się przy urnie wyborczej przeciętny obywatel, który nie czuję na codzień tematów politycznych?
Od czasu przejęcia Twittera przez Elona Musk’a wszyscy apolityczni lub zgoła znajdujący się na politycznej skrajni z miliarderem użytkownicy tej platformy otrzymują „propozycje” postów najbardziej agresywnej, skrajnej elity prawicowego populizmu. Kompletnie nie ma znaczenia fakt, że ich w ogóle nie obserwują (i nie są to bynajmniej re-tweety od obserwowanych przez nich osób).
Podobną tendencję w Polsce obserwuje się ostatnio również na Facebooku, gdzie nowo utworzone apolityczne konta zalewane są wręcz propagandą populistyczną skrajnej prawicy.
Jak zachowa się polski wyborca, gdy po raz kolejny pójdzie do urny wyborczej?
Rosja była już tak pewna swego, że zapragnęła pokazać światu, że jej potęga militarna jest równie wielka, jak możliwości przetrollowania całego bezbronnego demokratycznego świata.
Czy to sie uda? Tego jeszcze na dzisiaj nie wiemy, ale powstarzymanie wszechświatowego trollingu kremlowskiego byłoby w ogóle niemożliwe, gdyby Ukraina padła w trzy dni, jak było w planach.
Trolling nie jest sprawą ideową. On kosztuje. Finansowanie dziesiątek partii politycznych, które w świecie Zachodu udają patriotyczne, nacjonalistyczne twory w polityce wewnętrznej zachodnich krajów, jest bardzo kosztowne, a coraz bardziej przeczyszczająca kremlowskie zasoby wyniszczająca wojna z Ukrainą daje nam w pewnym sensie czas i szansę, żeby się ocknąć i dostrzec ten Wirtualny Dziki Zachód, nad którym na chwilę obecną nikt nie panuje.
Niestety na razie nie zauważamy problemu. Jesteśmy jak Jaskiniowcy Internetowi, których czeka jeszcze długa droga od braku zasad do próby ich utworzenia, co z wszelką mocą zwalczać będą w zarodku prokremlowskie partie polityczne w całej Europie, rycząc świętym „społecznym oburzeniem”, że trwa zamach na ich wolności i swobody obywatelskie.
A my musimy zrozumieć, że to tylko szloch bandyty ulicznego, który protestuje przeciwko wprowadzeniu zasad, jakie uniemożliwią mu dalszą zdradę pod patriotyczną peleryną.
Jest to niestety ciągle jeszcze odległa perspektywa…
Jeśli interesują Cię podobne klimaty
W thrillerze szpiegowskim „Departament Theta” opowiadam o rosyjskiej operacji, tajnych strukturach NATO, służbach specjalnych i politycznej manipulacji, która może rozbić sojusze od środka.
To political fiction dla czytelników, którzy lubią historie niebezpiecznie bliskie rzeczywistości.
Zobacz książkę: „Departament Theta”
