Ciemna strona oświeconych – Czy ta historia mogła się wydarzyć naprawdę?
W recenzjach mojej powieści „Ciemna strona oświeconych” przebija się stały wątek – który odczytuję jako niezasłużony komplement – że ja niby wiem, jak fantazjować, żeby jednak nie przesadzić 🙂
Chodzi o ukryty świat ludzi znajdujących się na wyższym poziomie zrozumienia i potrafiących robić rzeczy, które widzimy zwykle tylko na pokazach iluzjonistów.
Recenzenci podkreślają, że świat ten pokazany jest „nieprzesadnie abstrakcyjnie, co dodaje fabule wiarygodności„, czy np. „Autor umiejętnie balansuje między tymi dwoma światami, tworząc historię, która jest zarówno wiarygodna, jak i niezwykle intrygująca„.
Pozwólcie postawić mi jednak nieco przekorne pytanie:
Czy jesteście w 100% pewni, że to… nie mogło wydarzyć się naprawdę?
Każdy, kto sięgną po tę pozycję, pewnie bez wahania powie:
– Oczywiście. Przecież to fikcja literacka!
Proszę, nie podejrzewajcie mnie o złośliwość, gdy jeszcze raz spytam:
– Naprawdę? 🤔😁
W tzw. „Kulturze Zachodu” nauczyliśmy się pomijać milczeniem wszystko to, czego nie potrafimy wyjaśnić przy pomocy logiki naszego materialistycznego świata.
Nie będę szerzej rozwijał przykładu Davida Copperfielda, który w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku przy kamerach telewizyjnych zgrabnie mieszał zręczność iluzjonisty z… czymś, czego staramy się sobie nie tłumaczyć.
Ale – już bardziej współcześnie – mamy wiele przykładów innych „iluzjonistów”, którzy na oczach przechodniów (czyli przypadkowych widzów) pokazują takie rzeczy, że każdy z nich, spoglądając na bohaterów „Ciemnej strony oświeconych” mógłby z żenadą szepnąć:
– Amatorzy!
No dobrze…
Ale… strefy ochrony parapsychicznej? Ochrona parapsychiczna światowych przywódców?
To już może być tylko fikcja literacka!
– Na pewno? 🤔😁
Któż z nas nie słyszał o klątwach rzucanych przez polinezyjskich Kahunów, czy sile legendarnych indiańskich szamanów?
W sumie już dzisiaj wiemy, że skuteczność ich metod polegała zwykle na siłę sugestii, ale przypadki laleczek voodoo już się z tego prostego rozwiązania wyłamują, bo rzeczywiste ofiary owego procederu żadnych sugestii przecież nie przyjmowały.
Mogę też podać przykład z własnego życia, gdzie – jako dziecko z tzw. rozbitej rodziny, doświadczyłem na sobie takiej „klątwy”. Podobno problem wyszedł od strony rodziny ojca, ale… co mogła powiedzieć rodzina matki? 😁
Większość z tej historii pamiętam z późniejszych opowiadań mojej babci, jak to kiedyś ktoś mnie – jako małe dziecko – przeklął.
Ale to, że ściany w budynkach „chodziły” i były często „obok siebie” pamiętam sam do dzisiaj. Często też głaskałem ścianę i do dziś pamiętam swoje zdziwienie, jak okazywała się… podłogą.
„Odczarowała” mnie jakaś stara zielarka wiejska przy pomocy swoich czarów i ziół. Musiałem się przeżegnać, maczając palce w ziołach, a potem te zioła wypijać.
Ile z tego miało „uzdrowić” moją podświadomość, a ile wpłynąć leczniczo jako sugestia dla pozostałych domowników… ciężko mi dziś ocenić. Ale tę anomalię pamiętam i swoje… zdziwienie, jak ściany w końcu przestały się ruszać 😁.
Nikt mi jednak nie wmówi, że ktoś wcisnął destrukcyjną sugestię trzylatkowi.
A czy z tej całej masy tajemniczych dziwaków posługujących się czymś, co – dla uproszczenia – nazwijmy czarną magią, naprawdę nikt na podobnej zasadzie nie mógłby zaszkodzić czołowym światowym przywódcom? Czy fakt, że nie padają oni, jak muchy, jest dostatecznym dowodem na to, że te wszystkie niewyjaśnione przypadki działania klątw, czy voodoo to tylko zwykła bzdura?
Jeden z wybitnych amerykańskich naukowców, twórca idei synchronizacji półkul mózgowych przy pomocy dźwięku oraz autor kilku naukowych książek – Robert Monroe – jako jeden z pierwszych badaczy opisywał zjawisko out of the body experience (wychodzenia poza ciało).
Trochę przypadkiem, trochę – wiedziony instynktem naukowca – Monroe nauczył się kontrolować proces „spacerów” w ciele astralnym, co dokumentował na tyle wiarygodnie, że nie można z czystym sumieniem zarzucić mu, że zmyślał.
W jednej ze swych „podróży”, znudzony monotonią doznań (po latach doszedł do takiego etapu), postanowił złożyć „wizytę” astralną prezydentowi Stanów Zjednoczonych.
Naprzeciwko niego stanęła wówczas postać ubrana typowo w stylu Secret Service, również w ciele astralnym i… pogoniła go, uniemożliwiając taki kontakt.
Stąd to moje przekorne pytanie rzucam raz jeszcze.
No… zawsze można w coś takiego po prostu nie uwierzyć, jak każe Zachodnia tradycja…
A Ty co o tym wszystkim myślisz? 😁


